Hawa (1888)

OBRAZEK Z NATURY.

 

I.

 

Ojciec chciał mu zostawić wieś, i przy swych zdolnościach pewnie byłby tego dopiął, gdyby był tak bardzo nie kochał swego potomstwa. Lecz, że je kochał namiętnie, więc nie umiał utrzymać należytej miary w zdobyczach, kąsał więcej, niż mógł połknąć. No, i udławił się, pozostawiwszy Hawę bez centa.

 

Umierając, tę mu jedynie dał naukę :

 

— Hawo, cokolwiek ci się trafi w życiu dobrego, choćby najmniejsze, zawsze mów: Bogu dzięki, i to dobre na początek!

 

Hawa miał lat dwanaście, gdy go ojciec odumarł. Wyrósł on na wsi, igrając z wiejskiemi dziećmi, całymi dniami włócząc się po chłopskich chatach, lub łowiąc rękami raki w potoku. Już w dziecięcym wieku okazywał niezwykłą ciekawość, spryt i chytrość i wiedział o życiu chłopskiem daleko więcej i dokładniej, niż dziesięcioro chłopskich dzieci w jego wieku.

 

Po śmierci ojca zaopiekowała się nim jakaś daleka krewna — ciotka, czy stryjenka, mieszkająca w Drohobyczu. Była to stara już Żydowica, prosta przekupka, utrzymująca ze swego mizernego zarobku pięcioro własnych dzieci; troje już były dorosłe i na własnym chlebie, robiły na siebie i ani myślały dopomagać matce.

 

Opiekunka oddała Hawę do terminu do szewca, lecz Hawie nie podobało się to rzemiosło. Gdy bowiem zaraz drugiego dnia jeden z czeladników, posyłając go do szynku po wódkę, zamiast pieniędzy dał mu w kark na drogę, Hawa, zmieszany taką dziwną logiką, głośno wykrzyknął, wspomniawszy ostatnią wolę ojca:

 

— Bogu dzięki i to dobre na początek!

 

Koncept ten tak się podobał wszystkim czeladnikom, pracującym w warsztacie, że od tego dnia co chwili którykolwiek robił Hawie początek, to pięścią, to pocięgłem, to szydłem, to kopytem, taić, że biedny chłopiec, po tygodniu takiej męczarni doprowadzony do rozpaczy i omal, że nie do szaleństwa, uciekł od majstra i ze łzami błagał swą opiekunkę, by go nie dawała do rzemiosła.

 

— Ja sobie i tak zarobię na chleb! — zapewniał on z dumą.

 

— Jakże ty zarobisz, nie umiejąc żadnego rzemiosła, głupcze? — pytała ciotka.

 

— Cóż to ja goj — zawołał Hawa — żebym bez rzemiosła żyć nie potrafił?

 

Argument był trafny i przekonywujący i opiekunka pozostawiła Hawie zupełną swobodę działania, z góry jednak zapowiedziawszy mu, że dłużej, jak tydzień, za darmo karmić go nie może. Dość, że mu da zadarmo spać w swej chałupie.

 

— Tydzień zadarmo! — z radością zawołał Hawa. — Więc co ja za ten tydzień zarobię, to będzie moje! Bogu dzięki, i to dobre na początek.

 

II.

 

Hawa przypomniał sobie swe wiejskie życie na ulicy, w potoku, w lesie z chłopakami wiejskimi, to życie swobodne, pełne zabaw, świeżego powietrza i ruchu. Lecz teraz było mu nie do zabaw. Chciał w tych wspomnieniach znaleść coś, coby obecnie mógł wyzyskać. I znalazł. Przechodząc co rana po rynku, widział zawsze babę, siedzącą koło wielkiego kosza, pełnego żywych raków i sprzedającą je na kopy. Przypomniał sobie, że jest artystą w łapaniu tych wodnych stworzeń i natychmiast zaczął rozpytywać żydów o cenę i miejsce zbytu raków. Dowiedziawszy się, czego mu było potrzeba, wziął worek i kawał chleba; puścił się rano za miasto, poszukując miejsca, gdzieby było dużo raków. Lecz w rzece przepływającej koło Drohobycza, było ich mało; ginęły od naftowego fuzlu, który, wylewany z fabryk do wody, zatruwał ją, osadzał się na dnie i po brzegach. Szedł więc w górę wodą, dopóki nie trafił na potok, płynący od wioski Deryżyc, kolo dębowego lasu Teptiuża.

 

Potok był ubogi w wodę, lecz, że płynął powolnie, więc dużo miał zakrętów, miejsc głębokich i cichych; brzegi jego prawie nieprzerwanie porosłe były łoziną i olszyną, zwieszającą się nad samą wodą i płuczącą w niej swe korzenie. Hawa aż w ręce klasnął z radości. Toć to miejsce właśnie, jak stworzone dla raków. I rzeczywiście, dość było mu rzucić swem wprawnem okiem na dno potoka, by się przekonać, że raków w nim jest moc nieprzebrana. Chłopi nasi raków nie jedzą, więc oczywiście nikt ich tutaj nie łowił. Hawa omal, że się nie rzucił na ziemię i nie ucałował brzegów błogosławionych, które uważał już za swoją domenę. Rozebrawszy się do koszuli i schowawszy odzież w krzaki, wszedł w wodę, przerzuciwszy worek przez plecy i spokojnie, systematycznie, z cicha tylko stękając, zaczął wsuwać rękę do jednej za drugą jamy, prawie z każdej wydobywając ogromnego raka, który napróżno rozwierał swe kleszcze, kiwał długimi wąsami i wysuwał swe na długich trzonkach umieszczone oczy, jak gdyby dziwiąc się, co to za nowy porządek nastał w potoku, gdzie od niepamiętnych czasów nikt raków nie zaczepiał. Nie minęła godzina, gdy Hawa miał już kopę. W ciągu drugiej godziny worek był pełny i ciężki, tak, że sznurek wgryzał mu się w ramię. Hawa czuł głód i znużenie; zessała go woda, zziąbł i poczuł wstręt do dalszego łowienia raków.

 

— E, na dziś dosyć! — rzekł sam do siebie i wrócił ku swej odzieży, ciągnąc worek z rakami za sobą po wodzie. — Bogu dzięki, na początek to wcale nie źle! Licząc kopę tylko po dziesięć centów, będę miał za dzisiejszy dzień więcej, jak dwadzieścia centów, a to mi może wystarczyć na cały tydzień na życie! E, dobra nasza! — zawołał Hawa i zaczął podskakiwać na jednej nodze nad potokiem — nie wiem, czy z radości, czy żeby się ogrzać po długiej kąpieli. Następnie wyłamał kij sękaty, umocował worek z rakami na jego końcu i wziąwszy kij na plecy, poszedł do Drohobycza, dojadając po drodze kawałek suchego chleba, co mu dała ciotka na cały dzień dzisiejszy.

 

Do miasta było wcale nie blisko — co najmniej pół mili, a na drobne, zmęczone nogi Hawy, była to droga bardzo nawet daleka. Późnym dopiero wieczorem przywlókł się do nędznego pomieszkania swej opiekunki. Lękał się z początku, by mu raki w worku bez wody nie posnęły, lecz słysząc ich ciche szeptanie podczas całej drogi, był dobrej myśli. Mimo to, gdy przyszedł do domu i wysypał swych więźniów do szaflika z wodą, ku niemałej swej zgryzocie spostrzegł, że prawie pół kopy było nieżywych. Omało nie zapłakał tak mu ich żal było i całą noc przemyśliwał, jakby się na przyszłość zabezpieczyć od strat podobnych. Nie mogąc sam niczego wymyśleć, postanowił nazajutrz zapytać się tej kobiety, której miał raki dostarczać na sprzedaż, i z tern postanowieniem usnął.

 

Iwan Franko.

 

(Ciąg dalszy nastąpi.)

 

[Kurjer  Lwowski, № 155, 5.06.1888, s.2-3]

 

 

 

 

 

 (Ciąg dalszy.)

 

III.

 

Raki przyszły Hawie z pomocą, lecz nie na długo. Chłopi, których łąki przylegały do owego potoka, spotykając go co dnia we wodzie, z początku nic mu nie mówili, lecz zauważywszy, że to żydek, a żydzi raków nie jedzą, domyślili się, że łowi je na sprzedaż i zakazali mu łowić. Kilka razy próbował chodzić ukradkiem, lecz gdy go raz złapali, obili, raki odebrali i jeszcze chcieli obedrzeć — przekonał się, że zarobek jego skończony. Zresztą i konkurencja powstała. Chłopi, widząc, że można te wzgardzone przez nich istoty spieniężać, wyprawiali co dnia do potoka całe hurmy swych dzieci na raki, tak, że wkrótce pozostał tylko drobiazg, na sprzedaż wcale niezdatny. Gorzko płakał Hawa z powodu tego pierwszego rozczarowania, przeklinał chłopów, przejmował się ku nim nienawiścią, lecz przeciw sile nie mógł nic poradzić. Innego podobnego potoka nie było w pobliżu. Pozostawało tylko jedno wyjście — szukać jakiego innego zarobku.

 

— Czego się tak wałęsasz, Hawo? — rzekł do niego pewnego razu stary Fawel.

 

— Ny, co mam robić? — odparł Hawa.

 

— Nie masz co robić? — zapytał Fawel. — To źle, jeżeli nie masz co robić. Żyd zawsze powinien mieć co robić.

 

Hawa opowiedział mu o swem nieszczęściu z rakami.

 

— Głupiś, Hawo — rzekł Fawel — to nie żydowska rzecz trefne raki łapać.

 

— Ale pieniądze za nie nietrefne — odrzekł Hawa. — Żyłem dwa miesiące i jeszcze mam dwa reńskie złożone.

 

— Masz dwa reńskie złożone! — zawołał Fawel. — E, to ty bogacz! Wiesz co — dodał po chwili — chodź ze mną po -wsiach na zarobek.

 

— Na jaki zarobek?

 

— Czyż nie wiesz, jaki mój zarobek? „Szczetyny, kożuszyny, wołosyny!” Ja wezmę pół wsi i ty pół wsi; ja będę kupował dla siebie, ty dla siebie.

 

— No, a jak nakupimy, to co?

 

— To już ja ci pokażę, co z tem zrobić i jak to sprzedać.

 

— E, a może to kiepski handel?

 

— Nie bój się, durniu! Stary Fawel ci złej rady nie da, ani korzystać z ciebie nie potrzebuję. Widzę, żeś sprytny chłopak, więc wolisz coś zarobić, niż masz tu daremnie w mieście bruki zbijać. Chodź, chodź!

 

— Ny, a dużo tak można w tygodniu zarobić?

 

— Jak się trafi, Hawo. Można zarobić reńskiego, a można i dziesięć, nie licząc strawy.

 

Oczy Hawy zabłysnęły dzikim ogniem na wzmiankę o dziesięciu reńskich tygodniowego zarobku. Co za ogromny pieniądz! Wahanie się jego zniknęło odrazu.

 

— Dobrze — zawołał — pójdę z wami! Kiedy idziemy?

 

— Jutro.

 

— Dobrze, pójdę jutro. Tylko wiecie co, reb Fawel, musimy wrócić w niedzielę.

 

— Zwykle w piątek wracam, a nie raz i dwa razy w tygodniu.

 

— A w poniedziałek musimy pozostawać w mieście.

 

A to dla czego?

 

— Bo ja tu mam zamyślany w poniedziałek inny zarobek.

 

— Czy ta-a-ak? — rzekł przeciągle Fawel i rzucił na Hawę długie spojrzenie, pełne podziwu nad energją takiego małego chłopca.

 

IV.

 

Przez cały tydzień chodził Hawa z Fawlem po wsiach, wykrzykując po pod oknami chat: „Czetyny, kożuszyny, wołosyny!“ Bronił się od psów wiejskich grubym kosturem, targował się z chłopami, jak stary, i z zawiścią spoglądał na chłopskie dzieci, swobodnie igrające na podwórzach lub na pastwiskach. Lecz, że to była pora robocza, więc handel szedł słabo i ze skąpą zdobyczą wrócili obaj w piątek wieczorem do Drohobycza. Sierć wieprzową zaniósł Hawa do szczotkarza i spieniężył ją dość dobrze; resztę zakupił od niego sam Fawel, ale zarobek tygodniowy nie dał nawet guldena. Hawa się skrzywił.

 

— Nie bój się, głupi — rzekł Fawel. —Czegożeś ty chciał? Teraz lato, robota w polu, a nasz interes dopiero w zimie dobry. W zimie czasem kupisz i skórkę z zająca, z borsuka lub nawet z kuny, w zimie goje wieprze biją, to wtenczas dla nas żniwo.

 

Ale Hawa nie słuchał już. To były dalekie widoki, a dla niego to nie wystarczało. Zaraz na drugi dzień, chociaż to był szabas, pobiegł do fabryki zapałek, którą świeżo założono w Drohobyczu i kupił hurtem za całego guldena zapałek i osobno paczek zapałkowych. Natychmiast też, nie zważając na dzień święty i na niezadowolenie swej opiekunki, zaczął nakładać zapałki do paczek. Pracował zwolna, z wyrachowaniem, i do wieczora niedzieli miał napełnionych 150 paczek, każda po cencie.

 

Nastąpił poniedziałek, dzień targowy w Drohobyczu. Hawa, nabrawszy zapałek, rzucił się na targowice, na rynek, na place pomiędzy wozy, wykrzykując co sił :

 

— Siyriki świeże, siyriki!

 

Był to pomysł nowy, więc wkrótce obstąpiły go baby i chłopy. Chociaż niedaleko, na podsieniu było mnóstwo kramów ze siarnikami i wszelkiemi drobiazgami gospodarskiemi, mimo to kupowano u niego chętnie. Nie jeden nie chciał odejść od woza, by mu czego nie skradziono, inny kupował dlatego, że na podsieniu wielki ścisk, a tu można wygodnie wybrać, a inny poprostu dlatego, że drudzy kupują. Do wieczora Hawa rozprzedał cały swój kram i zarobił 50 ct. na guldenie.

 

— Ny, Bogu dzięki — rzeki on — jak na początek, to wcale dobrze!

 

Odtąd dwojakie prowadził życie: przez cały tydzień chodził z Fawlem po wsiach za szczeciną i włosieniem, a w poniedziałek uwijał się po targu ze siarnikami. Z czasem rozszerzał się zakres tego handlu.

 

— A nie masz ty batogów, żydku? — zapytał pewnego razu chłop, któremu Hawa zaofiarował swe siarniki.

 

— Batogów? — powtórzył Hawa. — Na co batogów?

 

On myślał, że chłop kpi sobie z niego.

 

— Jak to na co? Na sprzedaż. Kupiłbym, a nie chce mi się iść na podsienie.

 

— A skąd ja mam mieć batogi?

 

— Jak to skąd? Żyd powinien mieć wszystko.

 

Słowa te utkwiły Hawie głęboko w pamięci.

 

— Wiecie co, naczaszku *) — rzekł po krótkim namyśle — zaczekajcie chwileczkę, zaraz wam będą batogi.

 

I pobiegł wnet na podsienie i kupi! pół tuzina batogów sznurkowych i rzemiennych, na wybór. Sprzedał je tego dnia bez zysku, bo drożej nie mógł brać, niż brali na podsieniu, a tam mu też taniej sprzedać nie chcieli. Ale w jego głowie już dojrzewała myśl dotrzeć do źródła, z którego biorą batogi przekupnie na podsieniu, i tam powtórzyć tę samą manipulację, jaka mu się tak świetnie udawała ze siarnikami.

 

Iwan Franko.

______________________________ 

*) Naczaszko, w podgórskiem naszem, ojciec chrzestny.

 

(Ciąg dalszy nastąpi.)

 

[Kurjer  Lwowski, № 156, 6.06.1888, s.2-3]

 

  

 

 (Ciąg dalszy.)

 

V.

 

Minęła zima, minął i rok cały przy takiej robocie. Hawa nie żałował nóg, rąk i gardła, ale też i zarabiał tak, że mu nie jeden starszy żyd zazdrościł. Zarobek ten jednak już mu nie wystarczał, a najgorzej złościła go konkurencja, która się wlokła tuż za jego piętami. Już teraz mnóstwo małych żydków co poniedziałku kręciło się po mieście ze siarnikami, z batogami, z mazią do wozów i z innym drobiazgiem; zarobek był mniejszy, a za to więcej szachrajstwa, co zniechęcało kupujących. Hawa musiał szukać nowych źródeł dochodu.

 

Od dawna już zwracał na siebie jego uwagę jeden człowieczek, w staroświeckim mieszczańskim stroju, jaki noszą jeszcze po małych, odludnych miasteczkach. Go tygodnia przybywał on na targ z czepcami, zielonymi i białymi, bardzo pięknej domowej roboty. Miał laskę z dzwonkiem na górnym końcu, ubranym we wstążki kolorowe, a niżej na drewnianych kołeczkach ponawiesza bywało tych czepców i idzie trotuarem dokoła rynku, trzymając laskę, wzniesioną wysoko po nad ciżbę głów ludzkich, potrząsając nią od czasu do czasu, lecz nikomu nie mówiąc ani słowa. Kupowano od niego, ale rzadko. Mieszczanin był oczywiście melancholicznego usposobienia, niechętny do rozmowy, nie lubił się targować. Pierwsze jego słowo było zarazem ostatnią ceną.

 

— A co, matulu — zapytał raz Hawa jedną kobietę, która właśnie kupiła czepiec u tego człowieka, wcale się nie targowawszy — dobre czepce ten człowiek sprzedaje?

 

— Kto? Staromiejski? O, nie ma nad jego czepca! Jeden na dziesięć lat wystarczy, albo i na dłużej. Ja to dla synowej kupiłam. Nie pierwszy raz u niego biorę j cena u niego zawsze jednakowa.

 

—A dlaczegóż tak mało u niego kupują?

 

— Albo ja wiem? Bo nie żyd. Do żydów wszyscy idą i biorą ostatnie dramcie i jeszcze natargować się muszą do siódmego potu, zanim za taką samą cenę dostaną.

 

Hawa prędko się zdecydował i przystąpił do mieszczanina.

 

— Szczęść wam Boże, panie Staromiejski!— rzekł on z ukłonem.

 

Mieszczanin spojrzał zdziwionemi oczyma z pod siwych, krzaczystych brwi na nędznego, obszarpanego żydka, co się z nim witał, Jak ze starym znajomym.

 

— Tfu, na twego ojca kłapciastego! — rzekł, splmvając — a ty mnie skąd znasz?

 

— Ny, panie Staromiejski, ktoby was nie znal? Was, Bogu dzięki, wszyscy znają. A poczemu czepczyki sprzedajecie?

 

— Po 20 centów, albo co?

 

— Bo chciałbym u was kupić.

 

— Ahu, a tobie po co? Czy dla matki twej łysej?

 

— Dla matki lub nie dla matki, a wam co do tego? Ile ich tu macie?

 

— Jeszcze osiem, albo co?

 

— Ny, jacyż to wy? Osiem po 20 centów, to szesnaście szóstaków. A co spuścicie, jeżeli wszystkie wezmę?

 

— Tfu, na twą głowę! A na co ci wszystkich?

 

— Co spuścicie, jeżeli wszystkie wezmę? — uśmiechając się, powtarzał Hawa.

 

— Ta odczep ty się odemnie! — krzyknął Staromiejski.— Ja nie twój dureń, żebyś ty sobie ze mnie kpiny robił.

 

— Ny, wy, chcecie dwanaście szóstaków? Nie? Ot wam trzynaście! Za wszystkie naraz, gotowemi pieniędzmi. Czego wam potrzeba? Macie włóczyć się z niemi jeszcze trzy poniedziałki, to czy nie lepiej wam odrazu gotowe pieniądze wziąć?

 

Mieszczanin pomyślał i sam sobie nie wierzył. Taki targ jeszcze mu się nigdy nie trafiał. Była u niego swoja rodzina, dwaj synowie i trzy córki robiły na gospodarstwie, a on ze starą żoną plótł te czepce staroświeckim sposobem i włóczył się z niemi po jarmarkach, zarabiając, po strąceniu kosztów, najwięcej po reńskiemu, a nieraz zaledwie po jakich 20 do 30 krajcarów na jednym targu. Bardzo rzadko trafiało się tak, żeby rozsprzedał wszystek towar, wyniesiony na targ. A tu naraz jakiś mizerny żydek wszystko kupuje.

 

— Dawaj czternaście! — rzekł.

 

— Ny, daj Boże dobry początek! — rzekł Hawa i odliczył pieniądze. — Ale dawajcie wszystko, z laską.

 

— A laski ci po co?

 

— Na szczęście.

 

— Tfu, na twą głowę! Bierz i laskę, tylko za dzwonek mi 10 centów wróć.

 

— Wiecie co — rzeki Hawa — zaczekajcie wy tutaj w szynku, ja wam laskę natychmiast przyniosę, ja tylko tak, w pożyczkę ją biorę.

 

— No, dobrze — mruknął Staromiejski, idąc do szynku, by wypić szklankę piwa po takim dobrym targu.

 

— Oszachrował mnie żyd przeklęty! — mruczał on sam do siebie, siedząc za stołem.—I czepce za psi grosz kupił, i laska wraz ze dwonkiem przepadnie.

 

Ale mruczał on to bez wewnętrznego przekonania, tak tylko, żeby mruczeć, gdyż w rzeczy samej rad był z targu, a za laską nie było co żałować — była prosta laskowa, i dzwonek nieszczególny, maleńki.

 

Hawa tymczasem, dostawszy czepce z laską w swoje ręce, pobiegł pomiędzy wozy, po targowiskach i podsieniach i takiego wrzasku narobił, wychwalając swój towar, że naród ruriąl za nim, jak gdyby niedźwiedzia po mieście oprowadzano. Nie przeszło i pół godziny, a już Hawa rozsprzedał swe czepce nie po 20, ale po 25 centów.

 

— Dobre zdrowie wam, panie Staromiejski! — krzyknął Hawa, wpadając do szynku. — Macie waszą laskę.

 

— A czepce gdzie?— zapytał Staromiejski.

 

— Jakto gdzie? Zaniosłem do domu. Wiecie co, może wypijecie jeszcze szklankę piwa?

 

— Ta wypićby się to wypiło, ale pieniędzy nie ma. Trzeba nici na nowe czepce kupować.

 

— Ny, wypijcie moje. A ja wam za ten czas będę coś mówić.

 

— Tfu na twego ojca warjata! Czy omana jakaś uczepiła się mnie dzisiaj z tym żydziakiem? — mruknął Staromiejski, uśmiechając się, lecz tym razem daleko już dobroduszniej, niż przedtem, podczas gdy Hawa zamawiał piwo. — No cóż tam takiego masz mi mówić? Mów.

 

— Chciałem się was zapytać, czy dużo wy takich czepców na tydzień możecie zrobić?

 

— Jak do potrzeby. Zwykle robimy dziesięć. Ale jeżeliby tylko nitki, tobyśmy mogli i czterdzieści i pięćdziesiąt zrobić. Mógłbym wszystkie trzy córki do tej roboty zasadzić. Bieda tylko, że mało sprzedajemy, to po jakiego djabła ich robić tak dużo?

 

— Wiecie co, zróbcie wy dla mnie na drugi poniedziałek pięćdziesiąt. Ja od was wszystkie kupię. Po piętnaście centów za każdy.

 

— E-he-he, tanio byś chciał!

 

— Ny. ależ ja biorę wszystkie naraz, to także coś znaczy. Nie potrzebujecie się po jarmarkach włóczyć. Nic was to nie obchodzi, czy będzie dobry targ, czy nie, wy macie swoje. A ja jeszcze czy sprzedam, czy nie sprzedam, to tylko Bóg wie.

 

— No, jużbyś to ty ta nie sprzedał. Twój Judasz Skarjocki i Chrystusa sprzedał, a tybyś czepca nie sprzedał. Nie, serdeńko, daj po ośmnaście czepiec za czepiec, to zgoda.

 

— Ależ zlitujcie się, panie Staromiejski! — błagał Hawa — sami widzicie, ja biedny żydek, sam nieraz nie mam co jeść, a wam zarobek daję. Ny, niech będzie po szesnaście. Jeżeli chcecie, to i zadatek wam dam, żebyście mieli za co nitek nakupić. A wiecie co, róbcie przez pół — połowę czepców białych, a połowę zielonych, bo w niektórych wsiach noszą białe, a zielonych nie kupują.

 

— Kiedyż-bo zielona nitka mocniejsza! — rzekł prostodusznie Staromiejski.

 

— Oto stary dureń! pomyślał sobie Hawa.— Ja gdybym wiedział, że te mocniejsze, a te słabsze, tobym mocniejszych ani nie robił, ani nie sprzedawał, bo to przecież dla mnie samego strata. Czyż to ta baba nie mówiła, że jeden czepiec dziesięć lat nosi? A więc przez dziesięć lat drugiego nie kupi. Tfu na taką głupią głowę!

 

I dodał głośno:

 

— Wy już o to nie dbajcie, które mocniejsze, a które słabsze, a róbcie tak, jak ja was proszę. Ja wiem, że wasza robota dobra, zobaczę, jak też pójdzie rozprzedaż. A jeżeli pójdzie dobrze, to my z wami zrobimy taką zgodę, że wy będziecie sobie pomaleńku robić i pieniądze robić, a ja będę rozsprzedawać. Dla was nie będzie kłopotu, a może też i mnie co kapnie.

 

— Czy jeszczeby takiemu spekulantowi nie kapnęło! — rzekł Staromiejski, klepiąc Hawę po ramieniu. — Ciebie pewnie matka w same kuczki urodziła i do tego w dżdżyste, i pod okapem położyła, to już tam na ciebie dobrze nakapało, nie bój się!

 

Uderzyli po rękach, i Hawa natychmiast dał Staromiejskiemu w zadatku tego samego guldena, którego dopiero zarobił na jego czepcach. A na drugi tydzień, otrzymawszy całe pół setki czepców, nic już nie sprzedał w mieście, ale wyruszył z niemi po wsiach, sprzedając, mieniając, narzucając swój towar, a z każdej chaty wychodząc z zyskiem.

 

Iwan Franko.

 

(Ciąg dalszy nastąpi.)

 

[Kurjer  Lwowski, № 157, 7.06.1888, s.2-3]

 

 

 

 

 

(Ciąg dalszy.)

 

VI.

 

— No, dzieci! — rzeki Staromiejski wchodząc do swej ubogiej chaty — cieszcie się, dał nam Bóg szczęście!

 

— Bogu dzięki — rzekła Staromiejska, stara, pomarszczona kobiecina — Bogu dzięki! A co za

 

szczęście?

 

Staromiejski nie mówiąc ani słowa wydobył ze swej torby parę dużych kłębów nitek półjedwabnych, następnie kilka łokci różnobarwnych wstążek i błyszczących szklanych paciorek dla „dzieci“.

 

— Na, macie! — rzekł z tryumfem, kładąc te łupy na stole. Matka i „dzieci“ wytrzeszczyły oczy. A trzeba wiedzieć, że dzieci te, to były trzy dorosłe już córki Staromiejskiego, wszystkie trzy kaleki na nogi. Biedne te istoty zaledwie z wielkim trudem mogły się poruszać, siedziały więc wiecznie w chacie i nie miały żadnej nadziei na zmianę swego losu. Staromiejski był niegdyś nie złym gospodarzem, gospodarstwo to jednak podzielił między dwóch synów, a sam z córkami pozostał w tej chałupie, do której przylegał tylko niewielki ogródek. Córki jego szyty, haftowały, plotły czepce i tem utrzymywały rodzinę, ojciec chodził dostarczając im zarobku, matka zaś prowadziła gospodarstwo domowe, od czasu do czasu dopomagając córkom w robocie.

 

— A to co? A to skąd? w jeden głos zapytały dziewczęta.

 

— Aha, skąd? Od żyda.

 

-— No, wiemy, że nie od wilka — rzekła jedna z nich — ale za jakie pieniądze?

 

— Za żydowskie.

 

— Gadaj bo na rozum! — rzekła matka.— Gdzie czepce?

 

— Sprzedane wszystkie do jednego. I nie dość na tem. Na drugi poniedziałek ma być jeszcze gotowych pięćdziesiąt sztuk, i musi być gotowych, choćby tu niewiedzieć co! Jużem zadatek wziął, całego reńskiego.

 

— Pięćdziesiąt sztuk! — zawołały wszystkie cztery kobiety. — A to dla kogo tyle czepców potrzeba?

 

— Pewnie gdzieś cała wieś dziewcząt naraz zamąż wychodzi — żartowała najstarsza córka.

 

Staromiejski opowiedział swą historję z żydziakiem w Drohobyczu.

 

— Ej, stary — rzekła Staromiejska—uważaj tylko, żeby cię ten żydziak w pole nie wywiódł!

 

— Jak mię ma wywieść? — zawołał Staromiejski. — Ja jego mogę wywieść, bom wziął od niego reńskiego zadatku. A on mi co może zrobić.

 

— Może wziąć czepce i nie zapłacić.

 

— Ho, ho, na taką plewę mnie nie złapie. Połóż pieniądze, to masz towar — oto mój zwyczaj!

 

— Ależ ty nie wiesz, kto on i co on, to jakże można zachodzić z nim w interesa?

 

— A co mię to obchodzi, kto on i co, byle tylko robotę dawał i pieniądze płacił. Niech sobie będzie i łysy djabel, żebyśmy tylko my uczciwie swoje robili!

 

— Bój się Boga, człowiecze, co też ty wygadujesz! — zawołała stara, żegnając się pobożnie, ale zarzutów żadnych przeciw żydkowi już nie podnosiła.

 

Niezwłocznie też cała rodzina Staromiejskich zasiadła do krosienek. Cały tydzień szła robota, jak na maszynie. Wszyscy siedzieli nie rozginając grzbietów, nie dosypiając nocy, zaledwie znajdując parę chwil czasu na obiad i kolację. Jedyną zabawą ich przy tej żmudnej i nudnej robocie były pieśni i rozmowy. Dziewczęta śpiewały i wylewały w pieśniach swą zbolałą tęskotę do życia, do uciech młodości, do tego wrzącego wiru, który kręcił się i pienił się tam po za ich oknami, a od którego one były na zawsze wyłączone, jak suche gałązki, wyrzucone falą daleko na brzeg i pruchniejące na suchym żwirze. Stary zaś jak dziecko snuł różowe plany.

 

— Nie bójcie się dzieci — mawiał. — Jakoś to Bóg da, będzie i na naszej ulicy prażnik. Czekajcie tylko! Tego tygodnia zarobimy ośm reńskich, na drugi tydzień osiem, co tygodnia osiem, Chryste Jezu! Ileż to na rok wyniesie! Pięćdziesiąt tygodni po osiem reńskich, toć to całe cztery setki. A nam na życie i na wszystkie potrzeby i jedna setka przy tem co u siebie mamy wystarczy. To trzy setki będziemy mogli odłożyć do skrzyni, rozumiecie, dzieci. A co wtenczas będzie, Maryńciu, ha — mrugał zwracając się do najstarszej córki.

 

Dziewczyna nic nie odpowiadała, tylko oblewała się cala rumieńcem i pochylała głowę nad krosnami, pracując ze zdwojoną szybkością.

 

— No, no, nie potrzebujesz się wstydzić, wiem ja, co tam u ciebie na sercu. A wiesz, kiedyś to spotkałem Andrusia w Starej Soli, kazał ci się kłaniać. Służy u księdza. Mówił, że jak wysłuży rok, to się do nas dowie.

 

Andruś ten, był to biedny sierota, któremu się spodobała Maryńcia mimo jej kalectwa. Rodzice wiedzieli o tein. Andruś służąc w pobliżu często bywał u nich i rozmawiał z dziewczyną, nie chciał się jednak żenić, dopóki nie „wyjdzie z klas“, t. j. nie będzie wolnym od poboru wojskowego i nie zasłuży sobie przynajmniej tyle pieniędzy, by starczyło na dokupienie kawałka gruntu lub bodaj pary koni i woza, z któremiby mógł rozpocząć zarobek furmański.

 

Maryńcia czekała na niego z upragnieniem, którego siłę i trwałość zrozumieć może tylko więzień i kaleka. Nowy zarobek, tak niespodzianie i obficie dostarczony im przez Hawę, oskrzydlił jej nadzieję. Biedna dziewczyna co rana i co wieczora gorąco modliła się do Boga za tego nieznanego, a tak wspaniałomyślnego dobroczyńcę. Modliła się za niego i cała rodzina. Miody, zdrowy i do ciężkiej pracy zdolny mężczyzna w chacie zamieszkałej przez samych inwalidów był skarbem nieocenionym, wzniósłby nowe życie, nową nadzieję we wszystkich. Młodsze siostry z góry już cieszyły się szczęściem Maryńci, które było dla nich niejako zadatkiem ich własnego szczęścia. Czepce jedne po drugich schodziły z krosien, rosły jak na' drożdżach, i tym głowom, które je kiedyś nosić miały, pewnie nigdy nie przyśnią się nawet te liche, tęczowe nadzieje, marzenia, obawy i modlitwy, jakie towarzyszyły każdemu splotowi tych delikatnych nitek, każdemu węzełkowi i każdemu misternie związanemu oczku. Nawet stara Staromiejska pod wpływem ogólnego podniesienia ducha wyprostowała nieco swą zgarbioną postać i odmlodniała.

 

VII.

 

Minął tydzień — i wszystko poszło jak najlepiej. Czepce były gotowe, Staromiejski doręczył je Hawie, wziął pieniądze, otrzymał zamówienie na nowych pięćdziesiąt czepców i zadatek na materjał, i powrócił do domu uradowany. Robota szła dalej.

 

W następną niedzielę mieli niespodzianych gości. Sam ich dobroczyńca, Hawa, zjawił się w ich chacie. Staromiejska, zobaczywszy nędznego, obszarpanego i zapylonego żydka, chciała mu dać kawałek chleba, myśląc, że to żebrak, lecz w tej chwili mąż jej, zobaczywszy Hawę, wskoczył z pościeli, gdzie odpoczywał i uściskał Hawę, jak syna.

 

— To ty, Hawo! Co tu porabiasz?

 

— A coby? Przyszedłem was odwidzić. Mam tu interesa, tom i do was wstąpił po drodze.

 

— Masz interesy? Tu, w Starem mieście? Co ty tu możesz z Drohobycza mieć za interesy?

 

Hawa się uśmiechnął.

 

— Ot tak sobie — rzekł, przechylając na bok głowę, — nasze, żydowskie interesy. Ny, a co, czepce gotowe?

 

— A jakże, a jakże, gotowe i spakowane. Właśnie miałem dziś popołudniu wyruszać z nimi w drogę.

 

— No, to nie potrzebujecie wyruszać, ja sobie sam zabiorę.

 

— A jakże idzie rozsprzedaż?

 

— Ot jako tako, — odrzekł Hawa. — Kłopotu dosyć, a zarobku mało.

 

— Ktoby tam tobie wierzył! Zresztą cóż, jesteś jeszcze młody, to i pokłopotać się możesz.

 

Hawa niedługo rozmawiał ze Staromiejskim, lecz za to pilnie oglądał całą jego chatę i rodzinę, zabrał czepce, zapłacił pieniądze, zamówił dalszą partję na następny tydzień z tym warunkiem, by mu Staromiejski przywiózł je do Sambora, i poszedł. Wdzięczna Staromiejska tern przynajmniej starała się okazać mu swą wdzięczność, że mu dała na drogę sześć ugotowanych jaj, które Hawa przyjął z wielką wdzięcznością.

 

Hawa rzeczywiście nie bez celu odbywał daleką drogę z Drohobycza do Starego miasta. Idąc od wsi do wsi targował on czepcami, wstążkami, paciorkami, skupował szczeć, skórki kun, zajęcy, wyder itp., przypatrywał się i wybadywał, gdzie chłopi zajmują się jakim przemysłem, i wszystko to układał w swej pamięci, jak woreczki, z których przy danej okazji można i trzeba będzie wyciągnąć ładny pieniądz. Specjalnie zaś szło mu na razie o to, by się przypatrzeć domowemu życiu Staromiejskiego, wywiedzieć o jego stosunkach rodzinnych i majątkowych i odpowiednio do tego ułożyć sobie plan taki, by tę złotą nitkę nie wypuścić już z rąk. Stary Fawel podczas długich wędrówek po wsiach dał mu już niejedną mądrą radę, jak postępować w takich wypadkach, a i zacnego Hawę pan Bóg nie skrzywdzi! na zdolności kombinowania. Czuł w :-obie siłę już teraz, pomimo tak młodych lat, prześcignąć swego mistrza i litował się nad starym Fawlem, który mimo swej mądrości i praktyczności w sześćdziesiątym roku życia był tak samo biednym, jak on w piętnastym.

 

Iwan Franko.

 

(Ciąg dalszy nastąpi.)

 

[Kurjer  Lwowski, № 158, 8.06.1888, s.2-3]

 

 

  

(Ciąg dalszy.)

 

Od żydów staromiejskich dowiedział się Hawa bez trudu o całej historji i wszystkich stosunkach rodzinnych starego „czepczarza“, dowiedział się nawet o jego planach wydania córki za mąż, usłyszał wszystko, co mu było potrzeba o przyszłym zięciu, i odpowiednio do tego, wracając piechotą do Drohobycza, zaczął układać swój plan.

 

Przedewszystkiem faktem było, że czepce szły nadzwyczaj dobrze. Hawa nie rozsprzedawał je w okolicy, ale przez znajomych żydów i za gotowe pieniądze wysyłał je partjami po dziesięć, po dwadzieścia lub więcej sztuk do Stryja, Skolego, Turki, Boryni, Komarna, Rudek i Bóg wie dokąd jeszcze. Co raz to nowe przychodziły zamówienia i cały interes z czepcami przynosił mu tygodniowo pięć reńskich czystego zysku przy małym stosunkowo kłopocie. Był to więc interes, którego nie należało z rąk wypuszczać ani psuć.

 

Z drugiej zaś strony miarkował sobie Hawa, że jeżeli pozwoli rodzinie Staromiejskiego stanąć na własne nogi, to w takim razie łatwo być może, że mu się wymkną z rąk, że jaki inny żyd odbije mu ten zarobek. Osobliwie niepokoił go ten przyszły zięć, parobczak energiczny i pracowity.

 

— Lepiejby było, żeby on przepadł gdzie do djabła, lub żeby go do wojska wzięli — mruczał Hawa.

 

Lecz wkrótce myśli jego inny wzięły obrót:

 

— I cóż on mi może zaszkodzić! — rzekł prawie radośnie. — biedak i goły, do gołych się przyłączy — co z tego będzie. Będzie zarabiać furmanką — co on tam tego zarobi. I co to za zarobek: dziś jest, jutro go nie ma. A jeżeli się zarobek urwie, wtenczas można go będzie razem z innymi wziąć w ręce. Dla mnie jeszcze lepiej. Znajdę i dla niego robotę. Dobrze, niech i tak będzie. Niech się żeni, niech przystaje do tej kaleki, będę ich miał więcej!

 

Pochylił głowę, jak gdyby zaciągał co raz to nowe węzełki tej sieci, którą chciał owikłać tę rodzinę.

 

— Tylko przedewszystkiem, Hawo — rzekł sam do siebie z ojcowskiem upomnienianiem — nie spiesz się! Masz czas! Aby nie raptem! Nie chciej wszystko od razu zabrać, ale pomaleńku. Teraz jest dobry zarobek i dla mnie i dla nich — niech zarabiają, niech się cieszą, tc nic nie zaszkodzi. Kto wie, czy długo to potrwa. Zresztą potrwa, czy nie potrwa. Skoro zobaczysz, że im grzebień zaczyna odrastać, trzeba tak zrobić, żeby trochę schudli. To im da poznać, że na świecie raz się wiedzie, drugi raz nie. Potem znowu ich trochę podniesiemy — będą wdzięczni, potem znowu na dół. A tam zobaczymy, co się dalej da zrobić. Ho, ho, jakoś to będzie. Сhybaby nie kwitła, żeby nie rodziła!

 

— A tymczasem — miarkował dalej Hawa trzeba się pilnie rozglądać za innymi interesami. Co tu interesów, ładnych interesów! Dalibóg, nie rozumiem, jak to tego nikt w ręce nie bierze. Żydzi pozasiadali po szynkach, skupują u bab jaja i masło i myślą, że już Bóg wie czego dokazali. A co to za geszeft — jaja i masło? Tfu! Tu nie takie są geszefty, tylko umieć je wziąć w rękę. Ot w górach bojki woły wypasają — aj-aj- aj, jakie woły! Żydzi kupują je na jarmarkach i pędzą do Wiednia. Głupi! co na tern zyskać można? Nie wiele, bo bojko na jarmarku targuje się jak wściekły. A niech tam parę wołów padnie w drodze, to jaka strata? A jeżeliby tak tego bojka podejść z innej strony, tak żeby cc woły były niby to jego, a właściwie moje — on by je wypasał i na jarmark przypędzał, a jabyrn je sprzedawał i pieniądze do kieszeni chował — fu! Ta tam para wołów po czterysta, po pięćset reńskich! Czy to nie geszeft?...

 

I Hawa aż oczy zamróżył i usta złożył niby po oblizaniu łyżki z miodem, tak poczęstnym i wspaniałym wydał mu się ten nowy geszeft, rysujący się w jego fantazji na razie jeszcze w nieokreślonych konturach, tern nie mniej jednak w różowych barwach.

 

VIII.

 

Minęło pół roku. Staromiejscy żyli jak u Boga za drzwiami. Zarobek szedł, i to teraz podwójnie, gdyż Maryńcia była już od miesiąca żoną Andrusia, ten posiadał wóz i parę dobrych koni i woził progi pod budującą się od Dobromila do Chyrowa kolej, zarabiając przy tem ładny pieniądz. Prawda, od dwóch miesięcy Hawa zamawiał już mniej czepców, ale za to dla jakichś mazurskich wsi okazała się potrzeba drobniutkich siatek, służących za welony ślubne, i siatki te dawały zarobek jeszcze lepszy niż czepce.

 

Był piękny jesienny dzień, kiedy Hawa znowu zawitał do chaty Staromiejskiego. Chata ta pod rękami młodego i gospodarnego Andrusia również odmłodniała i przybrała widok porządnej, zagospodarowanej osady. Hawa nie patrzał jednak na to otoczenie; w oczach jego tliły jakieś iskierki jak w oczach kota, składającego się do skoku na mysz.

 

— Dzień dobry wam, panie Staromiejski — rzeki Hawa wchodząc.

 

— A, jak się masz, Hawo?

 

— Żle się mam — rzekł żydek, siadając na ławie — kiepskie targi.

 

— E. co tam, da Bóg, targi się poprawią.

 

— Być może, że się kiedyś poprawią, ale teraz kiepsko z nami. Wiecie, już trzy tygodnie czekam. Od trzech tygodni ani jednegom czepca nie sprzedał.

 

— Nie może być! — zawołał Staromiejski na pół żartobliwie, bo nie wierzył słowom Hawy.

 

— Ba, nie może być, kiedy jest. Wszyscy mają dosyć czepców na teraz, no, i co im zrobimy.

 

— Trzeba szukać gdzie dalej, gdzie nas jeszcze nie znają.

 

— Szukałem, nic nie pomaga. A ja myślę, że na jakiś czas trzeba zaprzestać robić.

 

— Zaprzestać robić! — zawołał Staromiejski już z nieudanym niepokojem. — Teraz zaprzestać robić, kiedy najlepszy czas do roboty? Całe lato, kiedy można było w polu zarobić i sobie trzeba było choć cokolwiek ruszyć, tośmy siedzieli za krosnami, a teraz, kiedy sama pora taka, żeby siedzieć, my mamy zaprzestać roboty! Nie, Hawo, żartujesz.

 

— No, ale cóż ja wam poradzę! — żałośnie zawołał Hawa — kiedy u mnie nikt już czepców nie kupuje. Mam ich na składzie trzy kopy, co z nimi robić. A iłem w nich pieniędzy wbuchał, sami policzcie!

 

— Ale bój się Boga, Hawo, cóż my będziemy robić?

 

— No, Bóg łaskaw i wy nie zginiecie — mówił uśmiechając się Hawa. — Macie nieuroku takiego dobrego zięcia, co tyle zarabia przy kolei, to jakoś wyżyjecie. A może za miesiąc, za drugi i robota z czepcami znowu się znajdzie. Skoro tylko zaczną kupować, to bądźcie pewni, że wam zaraz dam znać.

 

— No, ale te, co są już gotowe, co się z nimi stanie?

 

— A dużo ich macie?

 

— Czterdzieście sztuk.

 

— Cóż mam robić, muszę już wziąć, niech stracę, ale słowa dotrzymam.

 

Hawa wziął czepce i wypłacił pieniądze. Staromiejski stal przy stole, spoglądał na pozasnowywant nićmi krosienka i na zdziwione twarze córek i skrobał się w głowę.

 

— Nie, Hawo — rzekł wreszcie stanowczo— to nie może być, żebyśmy teraz zaprzestali roboty.

 

— Ny, to róbcie — rzekł spokojnie Hawa.

 

— Słuchaj Hawo. Ja myślę, czy nie będzie tak dobrze. U nas tu jest jeszcze parę centów u- składanych, nakupimy materjału i będziemy robić, a skoro się kupiec ruszy, to ty będziesz miał już towar gotowy. Dobrze tak będzie?

 

Hawie tylko tego trzeba było.

 

— Cóż, jeżeli chcecie, to niech i tak będzie. Ale ja wam naprzód mówię, że nie wiem, jak długo trzeba będzie czekać na kupca.

 

— Cóż robić! Jak długo trzeba będzie czekać, to zaczekamy, a tymczasem będziemy robić. Teraz przecież nigdzie na zarobek nie pójdziemy, a w domu darmo siedzieć, to grzech. A tak robiąc przynajmniej nadzieję mieć będziemy, że nie darmo robimy.

 

Hawa wyszedł od Staromiejskich bardzo uradowany. Rzecz cała weszła na taką drogę, że koniec łatwo było przewidzieć.

 

Iwan Franko.

 

(Dokończenie nastąpi.)

 

[Kurjer  Lwowski, № 158, 8.06.1888, s.2-3]

 

  

 

 (Dokończenie).

 

IX.

 

Minęły dwa miesiące. Zdawało się, że Hawa zupełnie zapomniał o swych dawnych znajomych, nie odwiedzał ich, ani żadnej im o sobie nie dawał wiadomości. Aż oto raz w poniedziałek, podczas strasznej pluty i szarugi spotkał na rynku drohobyckim Staromiejskiego. Stary był zabłocony, zbiedzony i wynędzniały, zgarbił się i postarzał o lat dziesięć. W ręce skostniałej od zimna trzymał swą laskę z dzwonkiem i na niej pęk czepców. Nikt jednak nie zwracał na niego uwagi, nikt się nie zbliżał i nie pytał nawet o cenę towaru.

 

— Jak się macie, panie Staromiejski! —zawołał Hawa, zbliżając się do niego.

 

— A, jak się masz, Hawo! — rzekł Staromiejski jakimś złamanym głosem.

 

— Ny, co tam u was słychać?

 

— Bieda, Hawo! Przyjdzie nam wszystkim na pniu umierać.

 

— Jak to umierać? Za co umierać? Po co na pniu?

 

— Z nędzy, z głodu! Zima idzie, a u nas zarobku ani rusz.

 

— Dla czego? Przecież przy kolei teraz zarobki najlepsze, dobrze płacą.

 

— Co z tego, kiedy zięciowi jeden koń padł, a jednym koniem co zarobi?

 

— Jeden koń padł? O, to źle. Trzeba kupić drugiego.

 

— Ba, kupić, a za co kupić? Cośmy mieli pieniędzy, tośmy wydali na nici, napletliśmy tych przeklętych czepców, i leżą ich całe kupy, a nikt kupować nie chce.

 

— A wyście chcieli sami sprzedawać? — żywo zapytał Pława.

 

— Nosiłem i do Sambora i do Przemyśla i do Drohobycza, nigdzie nikt ani się nie patrzy. I co teraz robić, co począć, to i sam nie wiem.

 

— I ja nie wiem — rzekł Hawa — i moje czepce leżą.

 

— Widać, że nas Bóg opuścił całkowicie! — rzekł Staromiejski, uderzając się ręką o połę.

 

— Ny, nie mówcie tak, panie Staromiejski— rzekł poważnie Hawa — tak się nie godzi mówić. Wiecie co, chodźmy razem do szynku, wypijemy po szklance piwa, ogrzejemy się trochę, bo tu djable zimno, i pogadamy, może się znajdzie dla was jaka rada.

 

Staromiejski chętnie podąży! za Hawą. Promyk nadzieji zajaśniał na jego pochmurnym horyzoncie.

 

— Wiecie co. panie Staromiejski — rzekł Hawa, gdy się trochę ogrzali i wypili po szklance piwa — dużo wy macie tych czepców gotowych?

 

— Całych pięć kóp. Czepce jak złoto, a co mi z nich?

 

— Nikt nie kupuje?

 

— Sam widzisz, że nikt.

 

— Ja wam to Jawno mówił. Ny, ale co teraz gadać, teraz trzeba co radzić. Dużo wam potrzeba na konia?

 

— Ta żeby choć jakiego charłaka. Teraz na paszę ciasno w naszych stronach, za trzydzieści reńskich można konia kupić.

 

— Trzydzieści reńskich! to suma pieniędzy, panie Staromiejski! Ny, ale wiecie co, ja wam dam trzydzieście reńskich — za wasze czepce.

 

— Jakto za moje czepce?

 

— No, tak, za wszystkie pięć kóp.

 

— Bój się Boga, Hawo! — krzyknął Staromiejski — przecież ja za sam malerjal przeszło dwadzieścia i pięć reńskich zapłacił, a nasza robola!...

 

— Wiem to, wiem, ale cóż ja wam poradzę. Ja i tak tylko z dobrego serca chcę wam dopomódz. U mnie jeszcze tamte czepce leżą, ale tak kupuję, na stratę. Pięć kóp! Co ja z taką masą pocznę? A nie chcecie mojej pomocy, to ja się wam nie nabijam!

 

Siaromiejslu aż zadrżał. Promyk nadziei, co mu błysnął był przed chwilą, zaczął teraz rozpływać się i tonąć we mgle.

 

— Nie, Hawo — rzekł on, dotykając się zgrzybiałą ręką do chudego łokcia Hawy — ja wiem, że ty dobry chłopiec, ale bój że się Boga, trzydzieście reńskich za pięć kóp czepców, toć to wychodzi czepiec po dziesięć centów — równo połowa tego, co wart towar.

 

— Wiem to, wiem — rzekł Hawa — ale cóż ja mogę na to poradzić, kiedy teraz tego towaru nawet za połowę ceny nie sprzedam.

 

— No, ale przeczekasz trochę, to jeszcze z zyskiem sprzedasz.

 

— Przeczekasz! — krzyknął oburzony Hawa. — Co to znaczy, przeczekasz! A wam dobrze czekać? Czekajcie wy, kiedy wam tak dobrze! Wy myślicie, że ja pieniądze robię, żem bogacz, żem gospodarz na gruncie, to mogę czekać?

 

Jak ja mogę czekać? Jeżeli dziś nie mam pieniędzy, to muszę z głodu zdychać i nikt mi nie dopomoże. Dla mnie czekanie, śmierć, jeszcze gorzej niż dla was!

 

— No, no, Hawo, nie gniewaj się — uspokajał go Staromiejski — ja to tak tylko powiedziałem, nie ze złego serca. No, niech już będzie po twojemu, co mam robić. Przecież nie mogę własnymi oczyma patrzeć na zgryzotę dzieci. Och, Hawo, gdybyś ty wiedział, jakie tam u nas piekło od tego czasu, kiedy nam koń padł! Serce się kraje. Dzieci płaczą, zięć chodzi jak warjat, omal że głowa o ścianę nie bije, ani rozmowy, ani roboty żadnej w chałupie. Jeszcze jak byśmy kogo pochowali z pomiędzy siebie, to by tak ciężko nie było.

 

1 dwie grube Izy zakręciły się w oczach Staromiejskiego. Hawa odwrócił się, żeby nie widzieć tych łez.

 

— Ny, — rzekł po chwili, gdy się stary nieco uspokoił, — więc jakże będzie z czepcami? Przystajecie na moją cenę?

 

— Co już mam robić, — rzekł stary, — niech i tak będzie. Tylko wiesz co, Hawo, nie zapominaj o nas nadal! Daj nam zarobek, żebyśmy daremnie nie siedzieli, bo się boję, że pizy tej zgryzocie wszyscy powarjujemy.

 

— E, Bóg z wami, panie Staromiejski, co wam też do głowy przychodzi. Niech nas wszystkich pan Bóg broni od tego!

 

A teraz słuchajcie, co wam powiem. Ja fu przywołam pisarza, zrobimy kontrakt na tę sprzedaż, podpiszemy kontrakt przy świadkach u notarjusza, i ja wam zaraz dam pieniądze.

 

— A to po co jeszcze pisać i notarjuszowi płacić? Chyba mi nie wierzysz na słowo?

 

— Ny, co tam, wierzysz, nie wierzysz, zawsze to lepiej być pewnym swego. A koszta wszystkie ja sum ponoszę, to już moja rzecz.

 

— Ha, jeżeli już tak chcesz, to niech i tak będzie!

 

Hawa wkrótce znalazł pokutnego pisarzu, który tamże w szynku przesiadywał i za szklankę piwa pisarz napisał im kontrakt żądany. Dopóki on skrobał piórem po papierze, Hawa, kazawszy dać jeszcze szklankę piwa dla siebie i dla Staromiejskiego, omawiał z nim jeszcze jedną rzecz.

 

— A co do dalszego zarobku, to rzeczywiście nie wiem już, jak mam się brać do tej rzeczy, — mówił Hawa. — Chyba wiecie co zrobimy? Plećcie wy z mego materjału.

 

— Cóż, dla nas to wszystko jedno.

 

— Ja wam za robotę od sztuki dam po osiem centów.

 

— Osiem centów, Hawo? To za mało.

 

— Mnie się zdaje, że nie za mało. Słuchajcie dalej. Co tygodnia zrobicie mi sztuk trzydzieści — to już musi być, czy będzie targ na czepce, czy nie. Zarabiacie w takim razie czystych pieniędzy 2 zł. 40 kr. tygodniowo. Mało to, mało, ale przyznajcie sami, że przecież lepiej niż nic. I nie potrzebujecie wszyscy robić. Jedna córka może co szyć, druga prząść, czy jak tam. A skoro tylko odbyt będzie lepszy, ny, to rozumie się, że i roboty będzie więcej, i zarobku więcej. No, cóż, przystajecie?

 

Staromiejski zwiesił siwą głowę. Czuł, że Hawa wkłada na niego jarzmo, ale nie widział sposobu uchronić się od niego, i po krótkiem wahaniu przystał.

 

— Ny, to i na to zrobimy kontrakt notarjalny.

 

— Kontrakt? A to jakim sposobem?

 

— Ny, tak, po prostu, napiszemy, że przez rok od dzisiejszego dnia ja zobowiązuję się wam co tygodnia dawać materjał co najmniej na 30 czepców, a jak trzeba będzie, to i na więcej, i za każdy zrobiony rzepiec płacić wam po 8 kr. Po roku chcecie dalej ze mną prowadzić interes, to dobrze, a nie, to nie. Myślę, że na to możecie się spokojnie podpisać.

 

I Staromiejski podpisał się rzeczywiście. Hawa aż ręce zacierał z radości. Interes był świetny Odbyt na czepce miał on zapewniony w górskich powiatach, a płaca, jaką mu się udało narzucić Staromiejskim, zapewniała mu zysk prawie 100 procent od włożonego kapitału.

 

Pobiegł więc po starego Fawla, który jako jego opiekun z powoda jego małoletności, miał jego imieniem zawrzeć kontrakt ze Staromiejskim. Stary Fawel aż w ręce klasnął i zacmokał, gdy się dowiedział od Hawy o interesie z czepcami, o którym jego pupil dotychczas nic mu nie wspominał, prowadząc rzecz całą nader ostrożnie i skrycie. A gdy po podpisaniu obu kontraktów wyszli z kanceiarji notarjusza, Fawel z rodzajem trwożliwego podziwu spoglądał na wysoką, chudą i ruchliwą figurę swego wychowanka.

 

— Nie, nieuroku go! — szeptał, — z niego pewnie coś wielkiego będzie! Za moich czasów takich chłopców nie było. I pomyśleć, że to jeszcze szesnastu lat nie skończyło! Co to on pokaże ze siebie, gdy mu dwadzieścia minie!...

 

Hawa zaś, chowając do kieszeni swego chałata drogocenne dokumenty, dające w jego ręce na rok całą biedną rodzinę, szeptał:

 

— Bogu dzięki, Bogu dzięki! I to dobre na początek.

 

Iwan Franko.

 

[Kurjer  Lwowski, № 159, 9.06.1888, s.2-3]

 

 

08.09.1888