Historya mojej sieczkarni (1891)

Nie uwierzycie, moi kochani, jak mi się już było sprzykrzyło, rzezać sieczkę na tej pro­stej, ręcznej skrzynce. Kiedy, bywało, nadchodzi zima, to człek więcej się boi tej głupiej sieczki, niż w lecie kośby. Bo to skoro świt, idź-że zaraz na tok; mróz aż trzaska, a ty u­ważaj na latarnię, żeby nie było jakiego nie­szczęścia, co chwila poprawiaj rzezak, gnieć i ciągnij, aż ci w stawkach trzeszczy, zanim wymęczysz ten nędzny mieszek siekaninki. Ledwie dla koni na cały dzień starczyło, o by­dlęciu nie było i mowy. Z czasem, kiedy mi chłopaki podrosły, nowa bieda. Narobi się to przez cały dzień boży, namęczy, gdzie mu tam wieczór stawać do skrzynki. Legł by i spał jeden z drugim, a nie rzezakiem ma­chał; tak tedy powiadam wam, biedowałem, że mi aż było obrzydło!

 

Aż naraz słyszę, gadają ludziska, że wyszły takie skrzynki, co to maszyną rżną sieczkę i drobniutko jak mak, a lekko i prędko. Troje ludzi taką skrzynką i pięćdziesiąt mieszków drobnej sieczki narżnie. Zrazu i wierzyć nie chciałem. Ktoby tam zaś, myślę sobie, pa­miętał o biednym chłopie, że mu to ta sie­czka tak gorzko daje się we znaki i dla niego aż maszynę wyspekulował. Ba, ale pytam te­go i owego, rżnie, mówią, aż miło! Gadają ludzie, że widzieli tam i tam taką maszynę u księdza, co ją niedawno był kupił, to znowu u tego to a tego dziedzica, mówią, że pa­trzyli na własne oczy i nie mogą się dosyć na­chwalić. A, pomyślałem sobie, kiedy tak, to Bogu dzięki! Żebym tu miał, nie daj Boże ostatnią chudobinę sprzedać, a muszę się ściągnąć na taką maszynową skrzynkę. Ale gdzie tu ją dostać? W naszem siole nikogo ani zapytać o to.

 

Jegomość z gromadą bokiem patrzą na siebie za to, że go gromada nie chce wybrać na radnego; profesora mamy takiego, że i sam nie dużo wie o bożym świecie, a więcej u ni­kogo nie można się poradzić.

 

Dowiaduję się tedy na jarmarkach u ludzi z obcych siół, tak, żeby w naszej wiosce  nikt o niczem nie wiedział. Bo to u nas, wi­dzicie, naród taki cudacki, że byle co, zaraz cię człeku obśmieją. A tu jeszcze — myślę sobie — i sam nie wiedziałem co to za skrzynka. jaką ma cnotę; nuż pokaże się, że licha warta, byłożby wtedy śmiechu między ludźmi, że i w dziesięciu wodach nie obmył­byś się nieboraku. Z kogo, jak z kogo, alej ze mnie, śmiali by się szczerze. Bo musicie wiedzieć, że już od dawna przezwali mię „dre­wnianym filozofem", a to dlatego, że w wol­nych chwilach, lubię tam trochę majstrować. Dał mi ci Bóg jakąś lekką rękę do majster­stwa; co oczyma zobaczę, to rękami zrobię.

 

Ot naprzykład, zobaczyłem był u krupiarza w miasteczku korbowe żarna, co to niemi krupy miele; przyjrzałem się im dobrze, a po­tem jakem zaczął strugać w domu i speku­lować, to i skleiłem wreszcie żarna i patrzaj­cie, jak teraz mielę! A co to było śmiechu z tych żarn — Boże miłosierny! Nie można się było w siole pokazać, żeby się zaraz nie pytali: „A co kumie, korbowe żarna zdrowe ? Taki już, powiadam wam, dziwny naród, a tymczasem dzisiaj gromadą chodzą mleć na moich żarnach i nie mogą się dosyć nachwa­lić. Albo i z młynkiem, tym, co to zboże przewiewa. Kleiłem go i dłubałem przez cały miesiąc. Sąsiedzi, bywało to w zimie, poscho­dzą się do chaty, gawędzą i przypatrują się, jakto ją deszczułki składam, rozbieram, przy­mierzam, ucinam i przystruguję, zwyczajnie, człek w tem nie uczony, ale tak sobie samo­uczek, bez żadnej wskazówki, bez niczego, i śmieją się ze mnie, a niejeden to ci prosto w oczy powiada: „Rzucilibyście to majstro­wanie, pusta się was wzięła robota". A ja nie gadam nic, tylko swoje robię i takim wam młynek sporządził, jak prawą rękę, a ci co się ze mnie naśmiewali, teraz do mnie cho­dzą wiać zboże. Ale z tem wszystkiem, za­wsze ja u nich „drewniany filozof“.

 

Niewiele, co prawda, robię ja sobie z tego śmiechu, ale widzicie, człek nie drzewo, lada słowo niezwyczajne, lada śmiech, a dopiecze ci do żywego. I już mi, Bogiem a prawdą, ten śmiech kością w gardle stanął. Pomyśla­łem sobie zatem: Nie, o skrzynce to już ni­komu nie pisnę, póki nie będę jej miał tu oto na toku, póki sam nie spróbuję, jaka w niej siła. Ciągnęło się to jakoś parę mie­sięcy, póki nie uciułałem trochę grosiwa, a przez cały ten czas dowiaduję się u ludzi, ba, u żydów nawet, czy nie ma gdzie takiej skrzynki na sprzedaż.

 

Aż tu razu jednego, jakoś pod jesień, słyszę ja od znajomego żyda, że gdzieś w Samborze jest jakaś żydówka, której mąż był niegdyś rządcą w pańskich dobrach. On to wydostał był skądś taką skrzynkę, nie wiedzieć na co i po co. Teraz żyd umarł, a żydówka sprze­dałaby skrzynkę za tanie pieniądze. Jakem to usłyszał, ucieszyłem się, jak nie wiem czem. Zaraz też, w parę dni potem, wziąłem wszy­stkie pieniądze jakie miałem, kazałem zaprządz konie do wozu i dalejże do Sambora, ale sam. A tu tymczasem nikt, nawet moi chło­pacy. nie wiedzą, z jakim to ja interesem jadę do miasta.

 

Ledwie że przyjechałem, zaraz się też do­pytałem do żydówki, tak i tak powiadam, ku­piłbym skrzynkę, kiedy ją macie na sprzedaż.

 

— Och — mówi żydówka — jest, ale ro­zebrana, porozrzucana na strychu.

 

— Już ja sobie ją ułożę — mówię, a sam aż trzęsę się w obawie, nuż nie potrafię, bo to jak żyję nie widziałem jeszcze takiego in­strumentu.

 

— Nu, to chodźcie ze mną!

 

Poszliśmy, wyleźli na strych, a tam tyle

 

wszelkiego żelaztwa, drobiazgów, kram cały krótko mówiąc.

 

Zaczęła się żydówka nurzać w tem rupie­ciu, wyciągnęła jakąś drewnianą podstawkę na czterech nogach, potem pudło żelazne z zę­batym wałkiem, potem znowu jakieś koło z korbą, dalej rzezaki krzywe, i wszystko to złożyła na kupę przedemną.

 

Stanąłem ci nad tem, jak głupi przed pło­tem. Ale co — myślę sobie — źle znowu pokpić się przed żydówką, trzeba bodaj miną nadrabiać, że człek coś rozumie.

 

— A gdzież śruby ? — zapytałem — ale tak na chybił trafił.

 

— Och, gdzieś się zatrzęsły — rzekła ży­dówka i dalejże szukać po strychu. Aż mi się lepiej zrobiło.

 

— Jak się widzi to i śruby potrzebne!

 

Po chwili żydówka rzeczywiście podała mi kilka śrub i klucz.

 

— Nu, już wszystko! — powiedziała. Wy, panie gospodarzu, musicie się na tem dobrze rozumieć; powiedzcie sami, co to warte?

 

— Nie wiele warte — rzeknę, udając mą­drego. Bardzo staroświecka... ciężko będzie chodzić.

 

— Nu, ja już za to tanio wam opuszczę, rzekła żydówka. Dacie trzydzieści reńskich, to zabierzecie ją sobie.

 

— Chwała ci panie — pomyślałem. Liczy­łem, że trzeba będzie zapłacić co najmniej pięćdziesiąt, a ta mi ceni trzydzieści. No, a przecież i w targu coś spadnie. Mówię za­tem do żydówki:

 

— Et, co tam gadacie trzydzieści reńskich! Toż dzisiaj nową za te pieniądze dostanę. Ot, dam wam piętnaście.

 

— Och, bardzo mało dajecie panie gospo­darzu — stęknęła żydówka. Dajcie dwadzie­ścia pięć.

 

(Dok. nast.)

 

 

 

(Dokończenie.)

 

Ledwie, nieledwie stanęło na dwudziestu. Nie składam skrzynki, ale aż cierpnę od stra­chu bo nuż — myślę sobie — nie potrafię złożyć w domu, a taką sumę człowiek zapła­cił. Ale potem myślę: co będzie, to będzie, ale na swojem postawić muszę.

 

Zabrałem to wszystko na wóz, drobne że­laziwo owinąłem płachtą, a podstawkę obło­żyłem słomą, nakryłem deską; leży to rozcze­pione, akuratnie tak, jakby się człowiek ro­zwalił na wozie, zadarłszy w górę kolana. Uporałem się z tem i jadę.

 

Chwała Bogu, że do wsi aż na noc przy­będę, nie będzie mię nikt widział. Jadę ja. ja­dę, mijam sioło za siołem, a ciągle strach mię zbiera, czy lada chwila nie spotka mię jaki znajomy i nie zapyta, co wiozę.

 

Dziś, to i wydziwić się nie mogę, coby się to wówczas było ze mną stało, że mię taka bojaźń ogarnęła, jak gdybym wziął nie swoje. Tak się to u nas dzieje: zahukają człeka, wyśmieją, za to, czego sami nie rozumieją, tak, że potem człowiek i radby coś zrobić i cofa się, boi się ludzi, jakby tam nie wiem jakie miał złe zamiary. Ale podjeżdżam już do naszego sioła. Zmierzchło się, poczekałem jeszcze parę chwil przed karczmą za wsią, wyglądając, rychło się ściemni na dobre, a wtedy dalej przez wieś. Ale ba, na moje nieszczęście, ledwie ja do wsi, aż tu buch! księżyc wschodzi sobie pełny, pyzaty, jakby nic nie było. Jak mię widzicie żywo, nie jestem z tych ludzi, co to zaraz o co bądź indyczą się i srożą, ale ten księżyc, pod tę właśnie porę, mało mię do złości nie przyprowadził; nie wiele brakowało, abym mu przeklął ro­dzonego ojca i matkę. Bo kto go się mógł tam spodziewać ? A tu tymczasem, powiadam wam, zrobiło się we wsi, jak w biały dzionek. Na moim wozie widno z daleka sterczące nogi nakryte płachtą, a ilekroć wóz o kamień stuknie, tyle razy zakołysze się cały ten kram na wszystkie strony.

 

W dodatku, jakby na złość psy — w na­szej wsi, co chata, to pies — zasłyszawszy, że ktoś jedzie, gromadą wybiegły na drogę; ujadają bestje, aż ziemię gryzą z wściekłości, przeprowadzają mię z muzyką! Ale Bogu dzięki, na ulicy nie widać żywej duszy, nikt nie zapyta, co wiozę.

 

Lecz cóż, kiedy już licha dola zaweźmie się na ciebie, to i koniem jej nie ominiesz. Przejeżdżam jak raz mimo kościoła, spojrzę, stoi ktoś wśród drogi i patrzy. Tfu przepa­dnij maro! — pomyślałem sobie; przebrzy­dłe psiska zbudziły wartownika i zaraz po­cznie się rozpytywać. I zgadłem. Ledwieśmy się zrównali, a on do mnie:

 

— Czy to wy nanaszku?*

 

Poznałem zaraz po głosie, że to głupi Wojtek, mego sąsiada synek. No, nie mieli kogo postawić na warcie i postawili głuptasa.

 

— A dyć-że ja — rzeknę.

 

— A skąd to jedziecie tak późno, żeście wszystkie psy pobudzili.

 

— Wielka szkoda — mówię — bo psy i ciebie biednego, jak widzę, zbudziły.

 

— Ba, toż pewnie! A mnie akuratnie śnić się zaczęło, że złodzieje kościół okradają; zerwę się tedy, aż to wy! I skądże jedziecie?

 

Co tu z głuptalem gadać? Alboż on bę­dzie wiedział jak i co? — „Z Grajgóry", mówię mu,

 

— A co to takiego wieziecie?

 

— E, nie pytaj — mówię niby przelęknio­ny, a tu już zły jestem, źe Wojtek stoi jak słup i pyta jak najęty.

 

— Powiedźcie nanaszku, powiedźcie, ja dalibóg nikomu nie pisnę słówkiem.

 

— A nie powiesz?

 

Niech mię Bóg skarżę, jeżeli gębę otworzę.

 

— No — mówię szeptem, obzierając się w około — zabiłem żyda z pieniędzmi, a te­raz wiozę do chaty, zakopię go pod wę­głami.

 

— Jej! — krzyknie przestraszony Wojtek. A toć na-co?

 

— Na szczęście, głupi Wojtku, żeby w cha­cie nie brakło nigdy grosza.

 

To powiedziawszy, ruszyłem dalej, a tu już miarkuję, że mój Wojtek aż trzęsie się z ciekawości; No — myślę sobie — zakpi­łem ci z niego! Ale spojrzę z tyłu, a Woj­tek śmiga chyłkiem pod płoty tuż, tuż za mną. Biegnie, to niechaj sobie biegnie. A tu już do chaty mi niedaleko — zajechałem, otworzyłem wrota od wygonu, potem otwar­łem stodołę, zajechałem na tok, wyprzągłem szkapiska, a wóz zostawiam na toku. Obej­rzałem się, a mój Wojtek przykucnął pod wrotami i wytrzeszczył ślepie ciekawy, co dalej pocznę. Udaję, że go nie widzę. Zawio­dłem konie do stajni, upiąłem, narzuciłem paszy, a sam poszedłem do chaty.

 

Powieczerzałem i ległem spać, jakby nic nie było. Nazajutrz skoro świt, ja do stodoły i zabrałem się do skrzynki. Wziąłem chłopa­ka do pomocy. Przykładamy we dwóch, co do czego pasuje, próbujemy, ot i Bogu dzię­ki, wszystko nam poszło jak po maśle. Nie minęło i pół godziny, kiedyśmy skrzynkę, jak wypada, złożyli, wypróbowali — wiecie, aż się dusza raduje! Ja, jakbym się na świat na nowo narodził — chyba że nie darmo wyrzuciłem pieniądze! A chłopak aż w ręce klaszcze i skacze koło maszyny, nie może się dosyć nacieszyć. Narżnęliśmy, jak z bicza trzasnął, spory snop słomy, wóz zatoczyli na podwórko, a sami do chaty. Dobra nasza!

 

Ledwieśmy zasiedli, żeby pośniadać, aż tu Burek zaszczekał. Wyzieram przez okno — fiu, fiu, fiu! I wójt, i przysiężny, i pisarz, i z pięć chłopów z palicami—jak to mówią: „baba i cała gromada“. I to, powiadam wam, nie wchodzą do chaty, ale stanąwszy przy jednym z węgłów domu, grzebią, sztur­chają, oglądają... Jakie tam cudo — myślę sobie — co się tym ludziom zrobiło? Chcę wyjść z izby, zapytać, ale ba, z poza drzwi słyszą głos dziesiętnika: „Nie wolno!  siedźcie w chacie!" Kie licho? Wróciłem do izby. Obeszli tak chatę na wszystkie cztery rogi, ochlapali się po kolana, poszli dalej pod szopę, dokoła spichrza, dokoła stodoły, w kółko, w kółko... Ja tu tymczasem w gło­wę zachodzę: Co za odmiana? Czy pogłu­pieli ludziska, czy może napad jaki? Ale stróż i oni wchodzą do chaty.

 

— Dziesiętnicy! — mówi wójt, nie przy­witawszy się nawet, nie kiwnąwszy głową — stańcie koło niego! Jakby uciekł, wy za nie­go odpowiadać będziecie! Zgłupiałem, wy­trzeszczyłem oczy, a tu dziesiętnicy, jak apo­stołowie jacy, asystują koło mnie.

 

— Panie wójcie — rzeknę — co to wszyst­ko ma znaczyć?

 

— Hm, hm, — chrząknął wójt — siadając na ławie i stukając palicą w ziemię — już to w tem moja głowa. Wy macie milczeć i od­powiadać.

 

— Milczeć i odpowiadać? — dziwuję się. Ba, a jakże wam odpowiem, kiedy będę milczał?

 

—Hm, hm ! — chrząknął znowu wójt. A po­wiedźcie no nam najsamprzód, jak się to nazywacie?

 

— Ja? Chyba nie wiecie? Czy to ja jaki cudzy człowiek, czy co?

 

— Zaraz mi tu odpowiadać? Kto tu we wsi starszy, ja, czy wy?

 

— Ja tu w swojej chacie najstarszy! — krzyknąłem rozgniewany. Cóż to rozbój chyba? Nikomum nic złego nie zrobił, a tu ni z tego, ni z owego nachodzą mię w wła­snej chacie! Panie wójcie, ja na was skargę podam.

 

— Cha, cha, cha! — śmiał się wójt — a patrzajcie go, jak się stawia! Niewiniątko! No, no, daj Boże! Zaraz zobaczymy. A po­wiedz no mi, niewinny człowieku, gdzieś to tego zabitego żyda podział, coś go to wczo­raj wiózł, nocą?

 

Teraz dopiero stanęło mi jasno. Jak nie buchnę śmiechem serdecznym, to powiadam wam, gałgan moje imię, jeślibym się kiedy tak śmiał od urodzenia. Ledwiem się nie po­łożył od śmiechu.

 

Wójt stanął, jak cielę przed malowaną bramą.

 

Ale rychło opamiętał się i znowu do mnie:

 

— Kumie, ja ci jak dobry mówię, nie śmiej się, przyznaj się do wszystkiego, a już ja się tam wstawię za tobą przed wysokim sądem, żeby cię nie powiesili, żeby ci życie darowali. Nie zapieraj się, kiedy nie chcesz dyndać na szubienicy.

 

Na te słowa wójta ja znowu w śmiech, aż się rękami za brzuch biorę. Wójt aż pienił się ze złości.

 

— Związać go — okrzyknął na dziesiętni­ków,

 

— Ależ panie wójcie! — rzeknę, opa­miętawszy się — poczekajcie jeno, ja się wam przyznam do wszystkiego, nawet i łaski wa­szej prosić nie będę w sądzie. Kiedy już wi­sić, to chyba lepiej za obie nogi.

 

— Przyznajesz się?

 

— To się rozumie.

 

— No, a gdzież ten zabity żyd, jeszcześ go nie zakopał pod węgłem?

 

— Ale nie, nie!

 

— Więc gdzież jest ?

 

— Leży jak byk w stodole.

 

— Chodźże i pokaż nam.

 

Wziąłem klucz, idziemy. Spojrzę, aż pod stodołą warta. No chwała Bogu. I Wojtek tutaj, tem lepiej. A narodu na oborze jak na odpuście.

 

Gruchnęło po wsi, że „drewniany filozof" zabił żyda, żeby go zakopać pod węgłem. Idę jak z procesyą i uśmiecham się, a tu wszyscy: szu, szu, szu! jakby chcieli mówić: patrzajcie go i wieszać go będą, a on sobie pokpiwa z całego świata, co to znaczy „drewniany filozof"!

 

Podchodzę do bramy, a dziesiętnicy ciągle koło mnie — otworzyłem...

 

— No, proszę panie wójcie, ot, tutaj żyd zabity!

 

Wójt spojrzał i oczy wywalił.

 

— A — a — a! cóż to?

 

— To samo, com wczoraj wiózł nocą. Skrzynka do rzezania sieczki!

 

Na to wszyscy jak nie zaczną się śmiać, to pewnie gdzieś aż w niebie słychać było. I dziesiętnicy, i przysiężny, i polowy, wszyscy, mówię wam, pękają od śmiechu. Wypłakali się, nawet wójt nie mógł się wstrzymać i za­czął mię przepraszać za całą tę okazję i za to, że dał wiarę głupiemu Wojtkowi. Pełno było śmiechu w całem siole. A skrzynkę moją tego dnia jeszcze jak zaczęli próbować, to urżnęli mi z pięć sporych okłotów słomy.

 

Ot, w taki to sposób i do skrzynki przy­szedłem i zakpiłem sobie z całej gromady.

 

 

__________________

*) Nanaszko — chrzestny ojciec.

 

 

24.09.1891