Iwan Franko

Arcydzieło Ibsena, znakomity jego dramat "Wróg ludu", streszczający w sobie prawie wszystko to, co wielki poeta skandynawski miał do powiedzenia w kwestji społecznej — ukazał się wreszcie na naszej scenie i, bez wahania powiemy, wystawiony został w sposób, który czyni zaszczyt dyrekcji i artystom. Nie mówimy przez to, by obsada ról była wzorową i nie mogła być lepszą, by gra i interpretacja nie pozostawiały nic do życzenia, — w ogólnej sumie atoli sztuka wystawioną została dobrze i znalazła u publiczności, zwłaszcza u młodszej generacji, dobre przyjęcie. Jestto tryumf nielada, jeżeli zważymy, że autor wypowiedział w tej sztuce dużo rzeczy gorżkich dla ucha zwykłych słuchaczy, dużo herezyj i nawet paradoksów, które biją w oczy tym konwencjonalnym, utartym poglądom, wśród jakich żyje ogromna większość naszego społeczeństwa. Że sztukę tę oklaskiwano tak gorąco i to w miejscach najbardziej śmiałych, to charakterystyczny znak czasu i prądów umysłowych, wyłaniających się pośród naszego społeczeństwa, znak, że myśl krytyczna, że sumienie budzi się i u nas w coraz szerszych sferach, a to nie może być nigdy złym znakiem.

 

Dyrekcji zaś należy się szczególne uznanie za wystawienie tej sztuki i to w tekście prawie kompletnym, a przynajmniej bardzo mało obciętym, ileże musiała ona tutaj popełnić pewien akt osobistej abnegacji, gdyż złośliwy genjusz Ibsena przy tworzeniu tej sztuki kazał mu przedstawić pewne figury dziennikarskie, niemal żywcem i z paszkwilową prawie dokładnością wychwycone z bruku lwowskiego, z pod znanej lampy przy placu Marjackim, która pewnej pamiętnej nocy padła nie winną ofiara pewnego "rozbestwionego tłumu". No, ale dajmy spokój niemiłym wspomnieniom, a wróćmy się natomiast do "Wroga ludu".

 

Treść dramatu da się pokrótce opowiedzieć w następujących wyrazach:

 

Dr. Otto Stockman, lekarz kąpielowy w pewnem małem miasteczku Norwegji południowej, twórca duchowy jego zakładu, który ma się stać złotodajną żyłą dla miasta, odkrywa, że ów zakład zamiast uzdrawiać — truje pacjentów, gdyż wodociąg zbudowany z niemałym sumptem wbrew jego planom przez władzę gminną, dostarcza wody zatrutej resztkami gnijących organizmów. Jako prawdziwy idealista, doktor cieszy się niezmiernie ze swego odkrycia, marzy o wdzięczności i uznaniu współobywateli, spotyka jednak w swym rodzonym bracie Janie, burmistrzu miasta i prezesie stowarzyszenia akcjonarjuszów kąpielowych, zacięty opór. Burmistrz wyjaśnia mu, że przebudowywanie zakładu i wodociągów pociągnie za sobą ogromne koszta i wymagać będzie długiego czasu, a samo rozgłoszenie odkrycia doktora może podkopać renomę zakładu i przyprawić miasto o wielkie straty. Doktor jednak obstaje przy swojem, woląc by miasto poniosło pewne straty, niżby się miało wzbogacać kłamstwem i oszukiwaniem zaufania biednych chorych. Oparty o "wolnomyślnych" dziennikarzy Haustada i Billinga, redaktora Gońca ludowego, jakoteż o obywatela Thomsena, właściciela drukami i człowieka wplywowego między średniem mieszczaństwem, doktor wypowiada wojnę bratu i jego zwolennikom, nie przeczuwając wcale, że jego sojusznicy chcą go jedynie użyć za taran do obalenia burmistrza i rady miejskiej w tym celu, by się samym dostać na to miejsce. Gdy im się jednak ukazuje inna perspektywa, tj. gdy burmistrz sam do nich przychodzi, od razu porzucają swego sprzymierzeńca i swą opozycję i w sposób najbezwstydniejszy występują przeciw niemu. Go więcej, najradykalniejszy i najwięcej krzykliwy opozycjonista, gazeciarz Billing równocześnie stara się potajemnie o miejsce sekretarza przy magistracie, i zapewne dzięki protekcji burmistrza z czasem otrzymuje tę posadę — Ibsen w swym dramacie nie dospiewał dziejów tej pluskwy dziennikarskiej.

 

Pozostawszy sam jak na łodzie, gdy w dodatku Goniec ludowy zamiast jego artykułu drukuje zamydlający artykuł burmistrza, doktor Stokman próbuje jeszcze jednego środka: zwołuje zgromadzenie ludowe, by obywatelstwu ustnie wyłuszczyć swe odkrycie. Lecz i tutaj uderza głową o mur. Ogól obywateli, nastrojony nieprzyjaznie dla doktora artykułem jego brata burmistrza w Gońcu ludowym, przyjmuje go zimno, przewodniczącym zgromadzenia wybiera "umiarkowanego" Thomsena, a wreszcie hucznymi okrzykami przyjmuje i uchwala wniosek burmistrza: nie pozwolić doktorowi mówić o zakładzie kąpielowym. Moment jeden a doktor wydaje się złamanym lecz natychmiast podnosi głowę i dostawszy wreszcie głos, wygłasza piorunującą mowę o zgniliżnie, ale nie tej drobnej, panującej w zaktadzie kąpielowym, lecz o tej powszechnej zgniliżnie fałszu, kłamstwa i obludy, panującej w calem społeczeństwie. Rzuca on w twarz zgromadzonym ciężkie obelgi o "przeklętej zwartej większości", która gniecie i depce umysły wyższe i dążności szlachelniejsze i trzyma się "starych prawd", które wyszedłszy z obrotu, stały się już kłamstwami o "motłochu głupców", którzy chcą przewodniczyć mądrym. Do tego motłochu zalicza on nietylko prosty gmin, ale i ludzi niby wyksztalconych i wysoko stojących, w rodzaju swego brata, którzy powodują się ograniczonym rozumem moli biurokratycznych i niczego po za swym ciasnym widnokręgiem nie widzą, ani widzieć nie chcą. Zarzuca też tzw. "wolnomyślnej i liberalnej prasie", że rozmyślnie karmi lud fałszem i kłamstwem o "wszechwładztwie ludu", o jego prawie do rządzenia itp.

 

Mowa ta, to wielka erupcja wulkaniczna, przerywana nieustającymi okrzykami zgrozy i oburzenia zgromadzonych, potęgująca się po każdej przerwie i kończąca się wykrzyknikiem, że woli zginąć całe miasto, cały kraj, całe społeczeństwo, niż ma stać i kwitnąć na fałszu i obłudzie. Zgromadzeni rzucają się na doktora jak dzikie zwierzęta i tylko usiłowaniom kilku przyjaciół udaje się wyrwać go z rąk tłumu. Gdy się wrzawa uspokoiła, zgromadzenie przyjmuje wniosek Haustada, by doktora Stockmana uznać "wrogiem ludu", przyjmuje "jednogłośnie z wyjątkiem głosu jednego pijanego człowieka", jak to ironicznie konstatuje przewodniczący Thomsen. Tak się kończy czwarty akt dramatu.

 

Lecz w akcie piątym napięcie dramatyczne zamiast opadać, potęguje się jeszcze. Teraz dopiero zaczyna się wojna między "ludem" i jego zdeklarowanym "wrogiem". Pierwsze ataki rozpoczyna, rozumie się, lud, i to lud w najobszerniejszem znaczeniu tego wyrazu. Ulicznicy wybijają doktorowi okna, gospodarz wymawia mu pomieszkanie, córce jego, nauczycielce, wymawiają miejsce, wreszcie jawi się burmistrz i przynosi mu dymisję z posady lekarza kąpielowego, radząc przy tem, by niezwłocznie wyjechał z miasta. Doktor i bez tego gotów jest to uczynić, zwłaszcza, gdy się dowiedział, że jedyny przyjaciel, który mu pozostał wiernym, kapitan Holster, stracił miejsce kapitana z powodu swej przychylności dla wyklętego doktora. Lecz burmistrz wspomniał o jednej jeszcze rzeczy.

 

Rozeszła się pogłoska w mieście, że teść doktora, garbarz Niels Worse, stary bogaty skąpiec, zapisał znaczną sumę na rzecz swej wychowanki, żony doktora, i jej dzieci. Doktor jest niezmiernie uradowany, że przynajmniej dzieci jego będą mały zabezpieczone jutro, gdy jednak brat robi mu objekcje, że to jeszcze rzecz nie całkiem pewna, że stary "borsuk", jak go zwykle w mieście nazywali, może jeszcze testament cofnąć, doktor ze zwykłą swą porywczością odpiera, że on tego nie uczyni właśnie na złość burmistrzowi i jego adherentom, gdyż niedawno jeszcze cieszył się bardzo jego odkryciem mikrobów w kąpielach jako rzeczą, która narobi dużo kłopotu burmistrzowi i radzie miasta. "A więc to tak idzie — woła z tryumfem burmistrz — teraz wiemy! Więc tyś zrobił całą tę historię z namowy borsuka, by uzyskać jego zapis! Teraz pisz i gadaj co chcesz, my mamy broń na ciebie!" I burmistrz wychodzi wyprowadzony energicznem spluwaniem doktora.

 

Lecz ataki ze strony moralnej kałuży ponawiają się coraz potężniej. Wchodzi stary "borsuk" i oznajmia doktorowi, że cały swój kapitał, a szczególnie pieniądze przeznaczone dla Joanny i dzieci doktora, włożył w akcje zakładu kąpielowego. Doktor chwyta się za głowę. Wszak te akcje są już teraz mało co warte, a wkrótce jeżeli on opublikuje swój artykuł, nie będą warte nic.

 

— To twoja rzecz, to od ciebie zależy — mówi stary garbarz. Odwołaj swoje twierdzenia, a kurs ich podniesie się znowu.

 

— Ależ moje twierdzenia są prawdziwe.

 

— Ależ twoja żona i twoje dzieci pozostaną nieubezpieczone! — I Worse odchodzi pozostawiając doktorowi parę godzin do namysłu.

 

Jeszcze nie koniec. Wchodzą reprezentanci prasy, Thomsen i Haustadt. Przepraszają oni doktora za wczorajsze swoje zachowanie się względem niego na zgromadzeniu i — oddają mu do dyspozycji Gońca ludowego. Go? jak? dla czego? Ukazuje się, że Goniec ludowy stoi bardzo licho, a obaj uczciwcy dowiedzieli się, że teść doktora dziś rano, korzystając z ogromnej zniżki kursu akcyj zakładu kąpielowego, na gwałt kupował te akcje.

 

Uczciwcy natychmiast zwąchali pismo nosem i przyszli do tego przekonania, że doktor urządził całą hecę antykąpielową w porozumieniu z Worsem w celu wywołania zniżki kursu i obłowienia się na tej spekulacji, będąc pewni, że teraz doktor zacznie dąć w stronę przeciwną i spowoduje ponowną zwyżkę tego kursu. Nie mają oni tego doktorowi za złe — cóż, to zwykła "operacja" giełdowa, i robią mu tylko delikatne wyrzuty, że ich wprzód nie wtajemniczył w swój plan. Tu już oburzenie doktora nie zna granic i on kijem wypędza tych przedstawicieli opinji publicznej za drzwi. Teraz dopiero widzi on, jak głębokiem i cuchnącem jest to błoto, w którem żyje całe "porządne" społeczeństwo, jak dużo jest tu do zrobienia. I on postanawia wytrwać na stanowisku, pozostać w mieście i podjąć uporczywą walkę z całą tą zgnilizną.

 

Oto jest w grubszych zarysach treść znakomitej sztuki Ibsena, której piąty akt pod względem kompozycji dramatycznej jest dziełem wprost mistrzowskiem. Nie pora tutaj wdawać się w dyskutowanie myśli przewodnich dramatu, myśli rozwijanych z ogromną siłą, bystrością, lecz zarazem i z jednostronnością. Bez kwestji autor i dr. Stokman ma słuszność, windykując przewodnictwo nad ludem dla mniejszości, dla arystokracji umysłowej, lecz również niewątpliwie znajduje się on w błędzie zaprzeczając gminowi-tłumowi prawo zabierania głosu o swych potrzebach i domagania się ich zaspokojenia. Opieranie się doktora na samej teoretycznej prawdzie, która zresztą ze stanowiska naukowego nie jest jeszcze tak niezbitą i pewną, jak się doktorowi wydaje, bez uwzględnienia realnych ludzi i potrzeb jest doktrynerstwem, które mimo całej szlachetności pobudek doprowadzić może do najsmutniejszych wyników. A już ostatni frazes w mowie doktora, że woli wszystko zginąć, byle tylko prawda tryumfowała jest szumnym paradoksem, który grubo mija się z prawdą. Wszak prawdy absolutnej nie ma, wszak człowiek nie istnieje dla jakiejś abstrakcyjnej prawdy, lecz przeciwnie, każdorazowa prawda jest wynikiem każdorazowych stosunków społecznych i umysłowych ludzkich.

 

Pomijając jednak te wątpliwości, dramat sam — walka szlachetnej i silnej jednostki z brutalną przemocą większości i zgniłych stosunków społecznych jest rzeczą w wysokim stopniu sympatyczną. Co do gry samej, to podnieślibyśmy chyba niektóre drobne usterki. I tak pierwszy akt wypadł jakoś mdło i niewyraźnie. Również sympatyczna rola Petry, córki doktora, interpretowaną była przez panią Stachowiczową nieco za miękko, za sentymentalnie — była ona więcej Polką niż Skandynawką, jaką ją chciał mieć Ibsen. Nie zupełnie bez zarzutu była też gra p. Chmielińskiego w roli doktora; szczególnie w akcie czwartym brak mu było czasem głosu, któryby mógł panować nad krzykami tłumu. Bądź co bądź jednak p. Chmieliński stworzył w tej roli postać żywą, celną temperamentu i siły. Bardzo pięknie oddał też rolę Billinga p. Walewski. Pragnąć należy, by sztuka Ibsena utrzymała się w naszym repertoarze dłużej; takie rzeczy oświecają atmosferę umysłową i moralną.

 

[Kurjer Lwowski]

20.12.1891