Iwan Franko

 

O naszym kraju galicyjskim słusznie powiedzieć można, że w nim "gazeta zjadła książkę". Książek u nas czytają, drukują i piszą mało, bardzo mało, gdy natomiast gazety i to prawie wyłącznie gazety codzienne, zapchane sieczką w postaci kroniki, sprawozdań z teatru, zgromadzeń towarzyskich, posiedzeń i uchwał parlamentarnych i telegramów — czyta każdy. Gazeta stała się głównym pokarmem przeciętnego inteligenta galicyjskiego, książka lub wydawnictwo poważniejsze rzadką, odświętną i to zazwyczaj ciężką potrawą. Nawet taka rzecz, jak powieść, czytywaną, a więc i drukowaną jest najchętniej w odcinkach gazet, niejako pocięta na kawałeczki, rozżuta na papkę, by nie straszyć książkowym formatem. Nie wiem, może kto zobaczy w tem postęp, konieczność dziejową. Wszak dawniej ludzie czytywali ogromne foljanty i nawet powieści i poematy drukowali w takich straszydłach książkowego rodzaju, które dziś na zgrozę potomności przechowywane są starannie pod grubą warstą pyłu bibljotecznego, a dziś, Bogu dzięki, doszliśmy do wydań miniaturowych, brylantowych itp., a nawet wydania z rycinami, wymagające koniecznie formatu in folio lub in guarto, konsumujemy nie tomami, lecz zeszytami. Może w tem jest i racja, lecz moja niepoprawna wyobraźnia na widok dziesiątek i setek ludzi, którzy po kawiarniach i innych lokalach publicznych siedzą zatopieni w lekturze gazet codziennych, przedstawia mi zawsze sylwetki koni i wotów roboczych, które gryzą siano i sieczkę przy żłobach, byle tylko napchać żołądek i być w najbliższej chwili "auf dem Laufenden", gotowymi do dalszej pracy, poinformowanymi o tem, kto dostał zapomogę, jak stoi kurs akcyj kredytowych, gdzie można się zwrócić celem zrobienia dobrego geszeftu. Bez kwestji, wszystko to są rzeczy potrzebne i nie do pogardzenia, lecz niewątpliwie czytający te rzeczy oddają się pewnej iluzji: przeczytawszy jednę, drugą, trzecią gazetę sądzą, że zaspokoili na dziś swe potrzeby umysłowe, uczynili zadość obowiązkowi inteligentnego człowieka — nakarmienia swego "nieśmiertelnego" ducha, podczas gdy w rzeczy samej duch ten ze sprawiedliwym żalem mógłby zastosować do siebie przysłowie: po brodzie ciekło, a w gębie sucho było.

 

Że tak jest w rzeczywistości, dowodzi tego fakt następujący. Istnieje w piśmiennictwie współczesnem instytucja podobna do Homerowego Mentora, która uważa za swój obowiązek każdy kąsek umysłowej strawy, jaki tylko czytelnik weźmie do rąk, oglądnąć, obwąchać, zmierzyć czy to łokciem, czy garncem, czasem nawet utłuc w stępie lub poddać rozbiorowi chemicznemu, zanim go czytelnik włoży do swych umysłowych ust. Ten nieprzyjemny urząd pełni krytyka. Otóż rzecz godna uwagi, że mimo, iż u nas gazeta zjadła książkę, krytyka wcale nie okazuje zamiaru ani chęci żucia, tłuczenia lub analizowania gazety, lecz uważa jedynie książkę za rzecz godną swych operacyj, to znaczy, nie uważa gazety za właściwą potrawę umysłową i sądzi, że można pozwolić czytelnikowi zapychać się jaką chce sieczką z którego bądź żłobu.

 

Czy zdanie takie w zastosowaniu do pism codziennych daleko odbiega od prawdy, tego stanowczo rozstrzygać nie myślę. Zdaje mi się jednak, że bez ujmy dla p. t. redakcyj tych pism (do jednej z nich i sam mam zaszczyt nalezeć) powiedzieć można, że prawie żadna z nich nie jest w stanie opanować i przetrawić całego materjału, jaki jej codziennie życie nasuwa, a więc musi podawać dużo, nieraz połowę, a jak dobrze pójdzie, to i dziewięć dziesiątych części in crudo, tak, że czytelnik bez wyrobionych poglądów z tego materjału niczego sobie wyrobić nie potrafi i pozostanie w stanie oszołomienia, zaś czytelnicy o rozmaitych poglądach z tej samej gazety potrafią wybierać fakty i zdania, przydatne do popierania ich własnych, nieraz wręcz przeciwnych poglądów. To leży w naturze gazety codziennej. Iluzją jest sądzić, że może być ona pismem "kierującem"; przeciwnie, zawsze jest tylko "kierowanem". Gazeta nie może być przodownikiem, nauczycielem danego społeczeństwa, lecz zawsze jest mniej lub więcej wiernem odbiciem tej lub owej jego części — im wierniejszem, tem lepiej.

 

Giłkiem inaczej ma się rzecz w Królestwie. Kraj to, jak twierdzą znawcy, ani pod względem ekonomicznym, ani pod względem społecznym w porównaniu z Galicją wcale nie zacofany. Nie powiemy też, by stał niżej od Galicji pod względem literatury i nauki, lecz przeciwnie... A tymczasem, mimo, iż pism codziennych polskich jest tam spora kupka, nie można powiedzieć, by i tam gazeta ziadła książkę. Książek tam drukują i czytują sporo, a nawet okruchy ich stołu spadają na naszą Galicje. A nadto wyrobił się tam typ wydawnictw perjodycznych, stanowiących środek między książką a gazetą, wydawnictw, liczących na tysiące abonentów i dlatego nadzwyczaj wpływowych. Mam tu na myśli tygodniki polityczno-społeczno-literackie, z jednej strony bardzo obfito w materjał grzeciarski — kroniki polityczne, społeczne, literackie itp., a z drugiej strony podające mnóstwo artykułów starannie opracowanych, traktu jących o bieżących kwestjach politycznych, społecznych, literackich i naukowych, krajowych i zagranicznych. Kto czytał piękne studjum Chmielowskiego o dziejach literatury polskiej ostatnich lat, ten wie, jak ogromny wpływ na całą umysłowość polską wywarły takie wydawnictwa, jak Prgegląd tygodniowy. Było to wydawnictwo w czasie swego ukazania się rzeczywiście epokowe, wychowujące w pewnych poglądach i zasadach, jeżeli nie całe społeczeństwo, to przynajmniej przodującą część jego inteligencji i modyfikujące poglądy i przekonania nawet najzaciętszych swoich przeciwników. Wydawnictwa takiego typu, jak Przegląd tygodniowy, później Prawda i Kraj, wieszcie Głos — w Galicji nie ma i nigdy nie było; wpływowy i poczytny owego czasu Dziennik literacki Dobrzańskiego był w porównaniu do tych tygodników mólem archiwalnym i bezbarwnością polityczną.

 

W chwili obecnej najwybitniejszem wydawnictwem tego rodzaju w literaturze polskiej jest niewątpliwie Głos warszawski, na który pragnąłbym zwrócić uwagę publiczności galicyjskiej, zbyt mało obznajomionei z tem pismem, którego nie masz nawet w lwowskich bibljotekach publicznych. Co przed laty 30 zaczął robić Przegląd tygodniowy — przekształcene poglądów społeczeństwa w kierunku jakiegoś wyraźnego programu społecznego — to samo z daleko większą precyzją, podjął dalej przed 6 laty Głos.

 

Przed laty 30 hasła były więcej ogólne — filozofja pozytywna, uwzględnianie rzeczywistości, studjowanie jej i liczenie się z nią: przed laty 6 zwrot ten już się wżył i potrosze nawet przeżył w swej ogólnikowości, czas było zebrać jakiś plon, wyciągnąć jakąś wyraźną naukę z tej rzeczywistości. Zadania tego podjął się Glos. Haslo, pod jakiem on wystąpił, brzmiało: "podporządkowanie interesów wszystkich warstw pod interesy ludu" — hasło, formułowane nieco niejasno, przypominające nawet poniekąd rosyjską metafizykę tak zwanego "narodniczestwa", lecz bądź co bądź hasło nowe w społeczeństwie polskiem, zawierające wiele ziarn zdrowych i płodnych.

 

Wystąpienie nowego organu na arenę publiczną narobiło z początku dużo wrzawy — znak, że umiał on od razu uderzyć w żywą strunę, podnieść w ten lub ów sposób, sformułować mniej lub więcej trafnie myśli i uczucia, nurtujące w umyślach znacznej części inteligencji. Race polemiczne zaroiły się w powietrzu, trzeszczały i pękały z tej i drugiej streny. Na nowego szermierza rzucono chmurę pocisków i — zgniłych jaj, on jednak nie odstraszał się tem, nie ustalał w pracy, nie zbaczał z drogi. W tym ogniu krzyżowym klarowały się jego własne poglądy, wyjaśniało się stanowisko do rozmaitych warstw społecznych i prądów umysłowych i dziś powiedzieć możemy, że ten proces fermentacji skończony i Głos przedstawia się jako pismo najlepiej i najharmonijniej redagowane, a zarazem w duchu najbardziej radykalnym i postępowym prowadzone ze wszystkich czasopism wychodzących pod łapami cenzury moskiewskiej.

 

Nie myślę tutaj wdawać się w wyliczanie, a tem mniej w rozbiór poszczególnych prac, umieszczonych w Głosie w roku bieżącym.

 

Dość będzie zaznaczyć szereg artykułów rozumowanych Popławskiego i Potockiego o bieżących sprawach politycznych i społecznych, szczególnie o emigracji ludu polskiego do Brazylji, o bycie robotników, o stanie przemysłu w Królestwie itp.

 

Do tej samej rubryki odnieść należy gruntownie opracowane artykuły A. Hempla o bycie ludności robotniczej w Płocku, Kniażyca o kolonizacji żydowskiej itp. We wszystkich pracach, umieszczanych w Głosie, słychać jedną zasadniczą i bardzo wyraźną nutę: interesy ludu roboczego, chłopów i robotników muszą być główną osią całej pracy społecznej, całej oświaty i literatury, muszą być główną miarą wartości tej pracy. Nie ma w tem ani cienia rosyjskiego "narodniczeskiego" idealizowania chłopa, tej awersji do "zepsutego" i "zgniłego" zachodu z jego oświatą, nauką i cywilizacją, która nieprzyjemnie razi nawet u najlepszych "narodników" rosyjskich. Przeciwnie, widzimy tutaj skwapliwe chwytanie wszystkich najnowszych objawów mysli i pracy zachodniej, zawsze z tą myślą — znalezienia w nich objawów tego samego zwrotu do wielkich, pracujących i cierpiących mas społeczeństwa.

 

Stąd ostra krytyka takich objawów chorobliwych, jak mistycyzm i dekadentyzm literacki, stąd żywa sympatja do świeżych, pełnych siły i społecznego interesu literatur skandynawskiej i amerykańskiej, z któremi redakcja zaznajamia czytelników za pomocą studjów umieszczanych w Głosie, a także za pomocą przekładów dzieł celniejszych w dodatku ("Wróg ludu" Ibsena, "Trucizna" Kiellanda, powieści Bellamyego itp.). W dodatku kwartalnym wychodzi nadto przekład dzieł Spencera.

 

[Kurjer Lwowski]

13.12.1891