Iwan Franko

Panu Sudermanowi poszczęściło się na naszej scenie. Obie dotychczas przezeń napisane sztuki zostały u nas przedstawionę, i to z pewnem powodzeniem: przed rokiem "Honor", a obecnie "Koniec Sodomy". Co prawda, trzecie przedstawienie tej sztuki ściągnęło bardzo nieliczną publiczność, lecz wobec wartości sztuki nie powinniśmy się temu dziwić; raczej nasunąćby się nam powinno pytanie, co właściwie spowodowano dyrekcję do jej wystawienia, podczas gdy tyle innych arcydzieł nowoczesnej dramaturgji, taki "Wróg ludu" Ibsena, jego "Hedda Gabler" itp., nie mówiąc już o rzeczach polskich, nie mogą się doczekać przedstawienia. Bo żeby nasza scena należała do tego kartelu, który istnieje obecnie w Niemczech i ma zadanie forsowania pewnych rzerzy zapomocą wszelkiego rodzaju reklamy, a bez względu na ich wartość, tego przecież przypuścić nie możemy. Pozostaje więc hyba jedno przypuszczenie, że dyrekcja poszła ślepo na 1ep. tej reklamy, lub też chciała wziąc na nią publiczność.

 

Już przeszłego roku, rozbierając "Honor" Sudermanna, krytycy wykazywali ważne blędy w kompozycji tej sztuki (dwoistość) i w samem pojmowaniu ludzi i stosunków. Bądz co bądz jednak w "Honorze" poruszył autor w sposób śmialy i drastyczny wielkie i ważne pytanie naszego wieku — kwestję społeczną, poruszył ze strony dość oryginalnej, i to nadawało sztuce właściwy interes. "Koniec Sodomy" interesu tego nie budzi. Autor ominął tu wszelkie kwestje ogólniejsze, a powrócił do tematu starego, jak "Księga o siedmiu mędrcach", zużytego i nie bardzo pouczającego, i zamierzył po raz tysiączny pokasać nam, jak genjalny młody człowiek przepada marnie przez kobietę — czy przez kobiety, nie wiemy już na pewno. W starych sentymentalno-romantycznych powieściach i dramatach widzieliśmy mnóstwo takich nieszczęśliwców. Wszyscy naokół uważali ich za genjuszów, chociaż w tem, co oni robili lub mówili, publiczność mogła widzieć tylko proste niedolęstwo, ślamazarność lub łotrowstwo. Zupełnie takim samym genjuszem jest i Wilhelm Janisow, bohater ostatniej sztuki Sudermanna.

 

Jest on malarzem, stworzył "znakomity" obraz "Koniec Sodomy", nagrodzony wielkim medalem w Brukseli (dlaczęgo nie w Buxtehude lub Swinemünde?), jako znakomitość dostaje się do salonu bankiera Berensdorfa, a właściwie w pazurki jego "genialnej" żony Adeli, która paraduje nim, używa go do swej rozrywki, a wreszcie degraduje go na swego cicisbeo, urządza mu wspaniałą pracownię, lecz równocześnie odbiera mu wszelką chęć do pracy. Gdy wreszcie stosunek jej do Wilhelma stał się nieco głośnym, a i sam Wilhelm zaczął uczuwać obrzydzenie i zapragnął spokoju i cichego życia domowego, umyśliła Adela ożenić go ze swą siostrzenicą, bogatą sierotą Kasią Fattenberg, która w jej salonie nabrała poloru światowego i uchodzi równocześnie za podlotka, który jeszcze nic nie rozumie, i za kokietką, lecz w ostatnich aktach odsłania się zdziwionej publiczności jako coś całkiem odmiennego — ale o tem potem.

 

By wybawić swego benjaminka Wilhelma z tej "Sodomy" w postaci "demonicznej", a w gruncie rzeczy tylko niedorzecznie przez autora wyrysowanej Adeli, actor wprowadził na scenę cały legion aniołów stróżów. Lecz jak prawdziwy realista wszystkiem ich puścił "w duraki". I tak ma on nasamprzód "idealnych" rodziców: ojca, zbankrutowanego obywatela ziemskiego, który obecnie zajmuję się sprzedażę mleka tak górąco, że nawet przez sen o niem gada; matkę, która jest uczciwą i idealną matką bez żadnych dalszych motywów, prof. Riemana, który w pierwszym akcie zjawia się niby z zamiarem wyrwania Wilhelma z otchłani i grozi, że mu powie słowo prawdy, lecz później nie powiedziawszy nic mądrego, gubi się w piasku, dalej najidealniejszego z idealnych, Kramera, przyjaciela, wiecznego kandydata na profesora, który, Bóg wie, dlaczego umiłowawszy Wilhelma, poświęcił dla niego "wszystko" (nie wiedzieć właściwie co i jak), mieszka u jego rodziców, wspiera ich ze swego zarobku, pożycza pieniądze Wilhelmowi i przygotowuje się głosić jego sławę w odczycie publicznym. Mamy wreszcie Klarcię, córkę dawnego nauczyciela Wilhelma, obecnie wychowanicę jego rodziców, dziewczę ulepione z cukru i galarety, nieśmiałe, wątłe, ubóstwiające Wilhelma i kochające go z głębi duszy.

 

Lerz cały ten stek idealnych postaci jest bezsilnym wobec "demoniczności" Adeli i bezdennej ślamazarności Wilhelma.

 

Przypadkowo odktywa on, że Klarcia go kocha, i że mógłby z nią "odżyć na nowo", lecz odpycha tę myśl od siebie, gdyż przyjaciel jego Kramer kocha Klarcię i prosił go, by jej oświadczył jego miłość. Sadzi więc Wilhelm, że pozyskać Klarcię dla siebie i ożenić się z nią byłoby zdradą przyjaciela; nie przeszkadza mu to jednak w nocy po balu uwieść tę idealną dziewczynę, która następnie z tego powodu topi się w studni przed jego pracownią.

 

Dalej odkrywa Wilhelm, równie przypadkowo, że dziewczyna, z którą go chciała ożenić Adela w tym jedynie celu, by go mieć zawsze pod ręką dla siebie, że Kasia Fattenberg jest istotą niezepsutą, zdolną do czystych uczuć, że kocha go czerze, że pragnie sama siebie i ukochanego Wilhelma wyrwać "z tej kaluży", tj. ze salonu Adeli, w którym dotychczas bawili wrzekomo dla tego jedynie, by być jak najczęściej w towarzystwie Wilhelma. Kasia nie podejrzywa stosunku Wilhelma do Adeli, matka Wilhelma odkrywa jej to — Kasia jak warjatka ucieka z domu w nocy, środ deszczu. Wilhelm leci za nią, jak był we fraku i bez kapelusza, dopędza ją i omdlałą prowadzi (tak jest!) do swej pracowni — długie certowanie się, pojednanie, wśród którego Wilhelm parę razy kaszle i czyni wielce tragiczne miny — puka Kramer i przynosi czy też przywozi na scenę trupa Klarci, nie wiedzieć jak odnalezionego i wśród nocy wydobytego ze studni. Wilhelm robi jeszcze tragiczniejsze miny, posyła Kasie do swej matki, ta jednak z min jego już się domyśliła całego związku i wybiega, Bóg wie, dokąd. Wówczas Wilhelm przyznaje się Kramerowi, że uwiódł Klarcię — ten rzuca się na niego i chce go uderzyć, ale Wilhelm mdleje już od samego zamachu. Kramer biegnie po doktora, Wilhelm się budzi, kaszle, próbuje odrysować Klarcię, kaszle jeszcze raz, pada i umiera.

 

Oto treść sztuki, treść zaiste, po rozebraniu jej z szumnych frazesów, dowcipnych djalogów i cetnarowych wzdychań, więcej komiczna niż wzruszyjąca. Zasadnicze wrażenie, jakie robi calość dramatu, jest wrażenie nieprawdy, sztucznego zlepku starych teatralnych efektów, a nie bezpośredniej obserwacji życiowej. Jeżelibyśmy już nawet przypuścili, że istnieją w Berlinie salony podobne do salonu Bernsdorfów, to już w żaden sposób nie możemy przypuścić istnienia takich idealnych, a mimoto zbankrutowanych rodzin, jak Janikowów. Twierdzenie, że rodzina ta zbankrutowała, łożąc na utrzymanie Wilhelma, jest niedorzecnem, boć przecież tyle tysięcy obywateli ziemskich i nawet daleko mniej zamożnych rodzin wychowuje swych synów i nie bankrutuje, a Wilhelm aż do chwili swego tryumfu malarskiego, był młodzieńcem idealnie porządnym, a więc i wychowanie jego tak ogromnie dużo kosztować nie mogło. Zresztą z powieści berlińskich, z relacyj takich obserwatorów, jak Lindau, Fontane i inni, wiemy dość dokładnie, jak wyglądają salony berlińskie, ale okazu podobnego do tego, jaki nakreślił Sudermann, nigdzieśmy nie spotykali. Jedyna figura, którą możnaby uważać za żywą i typową i na której wyrysowanie autor się oczywiście wysilił — Adela, kobieta bez serca, komedjantka czy też nieszczęśliwa ofiara — Bóg wie! — jest słabą i nieudolnie, bez głębszego zrozumienia nakreśloną kopią francuskich typów kobiety fin de siecle, nerwowej, zepsutej i szerzącej zepsucie dokoła siebie. Autor sam zepsuł rysunek tej postaci, wkładając jeszcze przed jej pojawieniem się na scenie w usta literata Weissego (może najlepszej, choć epizodycznej figury dramatu) jej charakterystykę — dosadną, ale nie zupełnie trafną i wprost płytką, która w dalszym ciagu dramatu wciąż piześladuje widza, przeszkadzając mu w wyrobieniu sobie własnego sądu o słowach i czynach Adeli i psując wszystkie efekty jej wystąpień.

 

Kompozycja "Końca Sodomy" grzeszy dwoistością daleko gorszego gatunku, niż kompozycia "Honoru". Tam przynajmniej mieliśmy kontrasty społeczne — rzez realną i wysoce zajmującą; tutaj autor przeniósł nas zupełnie w sfere etycną i rysuje całkiem odmiennymi kolorami: tu świat zły, tam świat dobry, tu kaka, tam lała, jak w bajce dla dzieci. Zdawaćby się powinno że dziś już nie ma naiwnych, którzyby uwierzili, że takie malowidło odpowiada rzeczytwistości, a przecież... Niemcy zaliczają Sadermanna do reprezentantów swego realizmu. Jakiego to kroju realizm, sądzę, że z powyższego streszczenia czytelnicy ocenić putrafią. Realizm u p. Sudermanna objawia się tylko w słowach, frazesach, dekoracjach; życia współczesnego, jego interesów i poteżnego tętna w dramacie jego nie masz ani sladu.

 

Pod względem techniki scenicznej sztuka jest dobrą i nastręcza artystom dość pola do popisu. To też wszystcy grali koncertowo.

 

[Kurjer Lwowski]

22.11.1891